Image hosted by

Photobucket.com

Dziś pozwoliłem słońcu, aby wstało wcześniej niż ja
Georg Christoph Lichtenberg


Imię : Dora
Rocznik: prehistoria

Księga Gości


Było kiedyś:
2006
09 08 07
06 05 04
03 02 01
2005
12 11 10
09 08 07


Linki:
Czytam i polecam:
Butch
- homo studentus:P
Dida
- jej najgłębsze zakamarki duszy
Inspiracja
- inspirujący dzień i czas:)
Kacha
- myśli nieukryte
Outsiderka
- crazy outsiders
Pytanie dnia
- kobieta z mózgiem, która nie waha się go używać :)
Snaefridur
- znowu jest z czego bardzo się cieszę:)))

Tu mieszkam, uczę się i żyje:
włocławek
- moje miasto
uniwerek
- edukował
Gdańsk
- jak się edukowałam to tu pomieszkiwałam
CieCiorka
- jak się nie edukowałam to tu się produkowałam
KNPSiP
- Koło Naukowe Psychologii Sądowej i Penitencjarnej - stronka już się zbudowała - zapraszam wszystkich do zapoznania się z nią

Bywam jeszcze tu:
grono
- tłumaczyć nie trzeba
griddlers
- liczbami malowane
wytwory
- lekarz maluje
Anne Geddes
- zdjęcia maluszków:))



Pomagam:
nakarm dziecko
na polskie serducho




Dodaj do ulubionych


Layout by Kattie&Dora
1 września 2005 11.22
Dziś dziecko postanowiło się schamić i pograć w jakieś durne gierki...niestety na swoim laptopie dziecko nie ma zbyt wielu możliwości (karta graficzna słabiutka) ale tak to jest, jak rodzice kupują narzędzia do pracy a nie do zabawy...a gierki online odpadają bo dziecko jest zacofane więc na pewno przegra, a nie lubi przegrywać...a szczerze mówiąc nawet nie ma bladego pojęcia w co teraz można sobie tak pograć (i nie ma na myśli kurnika czy innego typu kalamburów)...

więc zabieram się do grania...i tak pewni za 20min mi się znudzi...chyba że znajdę coś fajnego...:) a może ktoś zna coś fajnego???


jakieś słówko?? (4)


1 września 2005 17.47
Poznałam dziś nową bajkę...z mojego ulubionego pedagogicznego gatunku...Nie wiem, kto jest jej autorem ani skąd pochodzi, ale mam nadzieję, że - jak wszystkie bajki - jest wspólnym dobrem, z którego wolno swobodnie korzystać, więc chciałam Wam ją opowiedzieć. Zastanawiałam się czy ją tu umieścić ale przypomniałam sobie, że to nieładnie być skąpym i postanowiłam podzielić się z Wami:))


Bajka o ciepłym i puchatym

W pewnym mieście wszyscy byli zdrowi i szczęśliwi. Każdy z jego mieszkańców, kiedy się urodził, dostawał woreczek z Ciepłym i Puchatym, które miało to do siebie, że im więcej rozdawało się go innym, tym więcej przybywało. Dlatego wszyscy swobodnie obdarowywali się nawzajem Ciepłym i Puchatym wiedząc, że nigdy go nie zabraknie.
Matki dawały Ciepłe i Puchate dzieciom, kiedy wracały do domu; żony i mężowie wręczali je sobie na powitanie, po powrocie z pracy, przed snem; nauczyciele rozdawali w szkole, sąsiedzi na ulicy i w sklepie, znajomi przy każdym spotkaniu; nawet groźny szef w pracy nierzadko sięgał do swojego woreczka z Ciepłym i Puchatym. Jak już mówiłam, nikt tam nie chorował i nie umierał, a szczęście i radość mieszkały we wszystkich rodzinach.
Pewnego dnia do miasta sprowadziła się zła czarownica, która żyła ze sprzedawania ludziom leków i zaklęć przeciw różnym chorobom i nieszczęściom. Szybko zrozumiała, że nic tu nie zarobi, więc postanowiła działać. Poszła do jednej młodej kobiety i w najgłębszej tajemnicy powiedziała jej, żeby nie szafowała zbytnio swoim Ciepłym i Puchatym, bo się skończy, i żeby uprzedziła o tym swoich bliskich.
Kobieta schowała swój woreczek głęboko na dno szafy i do tego samego namówiła męża i dzieci. Stopniowo wiadomość rozeszła się po całym mieście, ludzie poukrywali Ciepłe i Pucha-te, gdzie kto mógł. Wkrótce zaczęły się tam szerzyć choroby i nieszczęścia, coraz więcej ludzi zaczęło umierać.
Czarownica z początku cieszyła się bardzo: drzwi jej domu na dalekim przedmieściu nie zamykały się. Lecz wkrótce wyszło na jaw, że jej specyfiki nie pomagają i ludzie przychodzili, coraz rzadziej. Zaczęła więc sprzedawać Zimne i Kolczaste, co trochę pomagało, bo przecież był to - wprawdzie nie najlepszy - ale zawsze jakiś kontakt. Już nie umierali tak szybko, jednak ich życie toczyło się wśród chorób i nieszczęść.
I byłoby tak może do dziś, gdyby do miasta nie przyjechała pewna kobieta, która nie znała argumentów czarownicy. Zgodnie ze swoimi zwyczajami zaczęła całymi garściami obdzielać Ciepłym i Puchatym dzieci i sąsiadów. Z początku ludzie dziwili się i nawet nie bardzo chcieli przyjmować - bali się, że będą musieli oddać. Ale kto by tam upilnował dzieci! Brały, cieszyły się i kiedyś jedno z drugim powyciągały ze schowków swoje woreczki i znów jak dawniej zaczęły rozdawać.
Jeszcze nie wiemy, czym się skończy ta bajka. Jak będzie dalej, zależy tylko od Ciebie.



i ciekawa właśnie jestem, jak dla Was ta bajka się kończy...??

jakieś słówko?? (8)


2 września 2005 22.07
Stwierdziłam dziś, że ja to jednak nie mogę czytać romansów...a dlaczego?? bo one właśnie są pisane dla takich ludzi jak ja...za dużo potem myślę, za dużo sobie wyobrażam...zresztą nie tylko z romansami tak jest...dlatego właśnie nie oglądam żadnych horrorów bo potem gdzie się nie ruszę widzę tych wszystkich umarlaków, potwory, nożowników, pilaży i wszelkie inne postacie występujące w takich filmach...spać nie mogę bo mi się wszystko w głowie odtwarza...

ale wracając do romansów....pomimo tego, że wiem, że w prawdziwym życiu nie zdarzają się takie rzeczy jak w romansach, to potem siedzę i wyobrażam sobie, że być może kiedyś i mi się przytrafi coś takiego...i jakoś krytyczniej się patrzy na ludzi mnie otaczających...szczególnie na najbliższą osobę...i się żałuje, że "szkoda, że on nie jest taki..."

to wszystko jest bezsensu, doskonale zdaje sobie z tego sprawę, ale...no właśnie, po każdej przeczytanej tego typu książce (na szczęście nie czytam ich wielu) zawsze jest takie "ale"...i za każdym razem powtarzam, że nie będę więcej już czytać takich bzdur....do momentu kiedy tata nie wróci z biblioteki i nie przyniesie następnego tytułu albo nie pożyczę od kogoś, albo nie kupię na dworcu do pociągu...:P

jakieś to dziwne takie...ale chyba każda(-y) marzy żeby przeżyć chociaż raz w życiu taką na maksa romantyczną przygodę...taką, że spokojnie można by o niej w jakimś harlekinie przeczytać:))

jakieś słówko?? (5)


4 września 2005 17.28
Dwa dni temu w nocy zjawił się w moim domu Pan Ból...zaciągnął mnie do swej otchłani...wysysa powoli ze mnie chęć i radość do życia...znęca się nade mna jak pieprzony psychopata, sadysta...niestety dla mnie, przygotował się do walki, uzbroił się po zęby bo już żadne małe, białe pigułki nie są dla niego straszne...wwierca mi się w każdą część ciała, bo dlaczego ma atakować tylko jedną?? Przecież On kocha jak inne zarażają się Nim...walczę z Nim jak umiem...wyrywam się ostatkiem sił...raz wygrywa On, czasem (za rzadko i na za krótko) ja...ale i tak wiem, że nieważne ile bitew wygra On, ja i tak wygram tą wojnę...to ja będę górą...a On odejdzie z podkulonym ogonem, lizać rany i przygotowywać się na następną walkę...jak zwykle za miesiąc...

jakieś słówko?? (3)


5 września 2005 15.30
Przypomniało mi się dziś, że nie pamiętam na jakie przedmioty się zapisałam na mój ostatni(:D) rok...no i skucha przeogromna:) ale weszłam na stronkę i spawdziłam sobie;) no i muszę przyznać, że ma się ten gust:)) ale wyjaśniło mi się niewiele bo nie było tam napisane ile godzin ma każdy przedmiot i co za tym idzie ile punktów za niego dostanę...a to ważne...więc przewaliłam wszystkie swoje papiery....no i znalazłam jakieś swoje zapiski, na których miałam napisane ile co ma godzin...ale na dodatek były tam jakieś moje, osobiste skróty, których za żadne skarby nie umiem rozszyfrować...no i teraz siedzę, przekopuje znowu wszystko i próbuje dojść do tego, co który oznacza...
czemu człowiek nie zadowala się tym co chciał na początku?? czemu apetyt rosnie w miarę jedzenia?? czemu nie można było dać sobie już spokoju w momencie, kiedy dowiedziałam się na czym jestem?? bezsensu:D

jakieś słówko?? (5)


5 września 2005 23.54
Dziś 2-letni Dawidek powiedział mi piękny wierszyk, który prawdę mówiąc słyszałam pierwszy raz w życiu, ale tak mi się spodobał, że postanowiłam umieścić go tutaj;d i nie piszę tego dlatego, że Dawid to synek jednych z naszych ulubionych znajomych tylko dlatego, że wierszyk jest boski i powalił mnie na kolana:))

a wierszyk brzmiał tak:

mój tata kupił kozę,
100 zł za nią dał,
przywiązał ją do drzewa
bo dobre serce miał

a koza była głupia
i rozbrykała się,
kopnęła tatę w dupę
aż w gacie zesrał się


zabił mnie nim:D prawda, że fajny??

jakieś słówko?? (11)


6 września 2005 13.35
Przeczytałam przed chwilą notkę Butcha i wywołała ona moje wspomnienia...wspomnienia na temat wyjazdu na studia...
Ech..to już było tak dawno, że aż prawie nieprawda:P
Jak ja się stresowałam, jak ja się bałam, panicznie się bałam...wiadomo, złożyło się na to mnóstwo czynników m.in.
- obce miasto - daleko od mojego kochanego Włocławka ( i szczerze mówiąc, dopiero wtedy zaczęłam tak o nim myśleć), przedtem byłam kilka razy w Gdańsku ale zawsze na jakiejś wycieczce...a teraz?? sama, w wielkim mieście, bez nikogo znajomego (tzn było parę osób ale każdy na innej uczelni, innym wydziale, gdzie indziej mieszkający), no i co najgorsze mam przeokropną wręcz orientacje w terenie (czyt. ABSOLUTNIE ŻADNĄ) i mam tego świadomość, potrafię się zgubić zawsze i wszędzie (nawet wychodząc ze sklepu mam już problem skąd przyszłam i w którą stronę idę)
- sama, całkowicie sama - bez mamy, taty i sama musiałam sobie ze wszystkim radzić. Problemem było np. gotowanie - nic nie umiałam ugotować - nawet ziemniaki zawsze przypalałam...(teraz już jest trochę lepiej - do jajecznicy w repertuarze moich zdolności kulinarnych dołączyło jeszcze spaghetti, grzanki i tego typu skomplikowane potrawy:P) choć największym bólem i najbardziej roztrząsanym problemem był papier toaletowy i codzienne pieczywo :) co się spotkałyśmy z Kachą ( a widywałyśmy sie przynajmniej raz dziennie) to płakałyśmy,co tam, my ryczałyśmy jak głupie zastanawiając sie kiedy kupować chleb czy rano przed zajęciami, czy może wracając z nich...a kto przypomni o kupnie papieru albo jakiegoś mleczka do mycia zlewu...itd
- obcy ludzie na roku - nikogo nie znałam, obawiałam się, że być może ludzie z roku nie podzielą opinii moich dotychczasowych znajomych na mój temat, nie polubimy sie z nikim, nigdy nie wiadomo jak to będzie, zawsze można mieć pecha...
- bez Marcina - to były dopiero początki naszej znajomości więc martwiłam się jak to będzie, szczególnie, że starsi znajomi powtarzali, że taki związek nie ma szans na przetrwanie, że mam popatrzeć na nich, są najlepszym przykładem na to (i właśnie mi się przypomniało, że wygrałam na ten temat zakład z jednym z nich i nadal wisi mi pól litra:])
- i wiele, wiele innych o których w tym momecie nie pamiętam już...ale momentami było tak ciężko, że miałam ochotę zrezygnować, załapać się na naszej uczelni byle tylko nie wyjeżdżać..
ale wtedy odzywała się we mnie chęc wyjazdu, usamodzielnienia sie (no powiedzmy...za pieniążki rodziców:P), wyrwania spod skrzydeł rodziców, dorośnięcia, poznania nowych ludzi i tego wszystkiego czego nie miałabym okazji doświadczyć jakbym została...

więc pojechałam, przeżyłam (choć na początku było strasznie ciężko), szybko zmieniłam mieszkanie, poznałam mnóstwo świetnych ludzi... i właśnie zacznie mi się kolejny, już ostatni rok...i zaczynam się martwić już co będzie jak wrócę, jak już skończe...co będzie wtedy..??

tak więc wszyscy nowi studenci...nie ma się co martwić!! na pewno się ułoży i będze świetnie:) i kiedyś będzieci się śmiali ze swoich obaw tak, jak ja się teraz śmieje:))

jakieś słówko?? (11)


7 września 2005 16.23
Oj dziś zabolało mnie serce...i to bardzo...i łzy pociekły po policzkach...takie wielkie, krokodyle...byłam w bibliotece oddać książki przetrzymane szmat czasu (tak po prawdzie to była Kacha, ja poczekałam na zewnątrz - nie weszłam bo się bałam:P). No i poszła, a jak wyszła to myślałam, że żartuje sobie ze mnie, jak powiedziała ile zapłaciłam...nawet pani się podobno przestraszyła jak wyliczyła ile to wyjdzie...najpierw wyszło jej 78zł, potem zmniejszyła na 63zł ale na szczęście?? na koniec zażądała tylko?? 43zł...w życiu nigdy takiej kary nie płaciłam...ale kiedyś się płaciło 1zł za miesiąc bez względu na ilość książek...a teraz jest 10gr za dzień od każdej książki...ech wycwanili się...no i zarobili...tylko czemu na mnie?? tak, tak, wiem, książki trzeba oddawać w terminie...ale ja ich używałam!! nie leżały sobie od tak...no do maja używałam, potem już nie...

niestety za skleroze i lenistwo trzeba płacić...ale mam nauczkę i już będę pilnowała terminów...bynajmniej takie mam założenie:)

jakieś słówko?? (5)


7 września 2005 23.01
"Jazda na gapę to grzech"

"Ostatnio w centrum Warszawy pojawił się Amerykanin, przedstawiciel Kościoła Bożego, który rozdaje ulotki z napisem "Jazda na gapę to łamanie Prawa Bożego". Można w niej przeczytać:

"Młodzi czy starzy, bogaci czy biedni, kobiety, mężczyźni, studenci, biznesmeni, księża i ateiści - ludzie wszelkiego pokroju jeżdżą na gapę. (...) Grzesznicy myślą, że skoro jazda bez biletu uszła im na sucho, to mogą również do nieba dostać się na gapę. Ale do nieba można trafić tylko z biletem (...) Jezus Chrystus to jedyny ważny bilet".
za Dzień Dobry"

no i się uśmiałam:)) i zaczęłam zastanawiać, że skoro jeżdżenie bez biletu to grzech to zapłacony mandat jest więc pokutą?? A spowiedź to podawanie danych kontrolerowi??

ja tam nie wiem jak Wy, ale ja zawsze mam bilet:) i mandatów nie dostaję...czyli analogicznie wejście do nieba mam załatwione?? ciekawe:)

jakieś słówko?? (7)


8 września 2005 13.46
Czy przypadkiem ktoś nie wymyślił jakiegoś gazu ogłupiającego ludzi?? Odbierającego im zdrowy rozsądek i resztkę rozumu??

Mama dziś w wielkiej tajemnicy powiedziała (tak więc kto mnie zna niech nie rozpowiada tego bo nie dość, że mama to jeszcze i tata mnie zabiją a mi jest życie miłe), że mój bardzo rozsądny, oszczędny (żeby nie powiedzieć, że wręcz skąpy), oglądający każdą złotówkę 10 razy zanim ją wyda tata, dał się naciągnąć przez jakichś facetów podających się za Włochów (co najlepsze mówiących tylko po niemiecku), którym niby zabrakło na paliwo (fajnie bo o ile się orientuje od Włocławka do granicy włoskiej jest milion km więc nie wiem jak oni niby zrobili, że już im brakło). Zaproponowali mojemu jakże trzeźwo myślącemu tacie zakup aparatu (pomijam fakt, że dokładnie tydzień wcześniej kupiłam nową cyfrówkę, półtora roku temu całkiem wypasiony aparat "kliszowy" z zoomami i innymi duperelami, półprofesjonalny więc sporo kosztował i jest w domu jeszcze trzeci aparat, też jeszcze całkiem sprawny). A mój rozumny, rozsądny i racjonalny tatuś zapłacił im 800zł (słownie osiemset polskich nowych złotych!!!!!)Wziął aparat zadowolony z zakupu, planował już, że sprzeda go z zyskiem i to co za niego dostanie, odda mi czyli swojej ukochanej córeczce, po to żebym ja już nie musiała mu oddawać długu (który zaciągnęłam u niego na zakup (o ironio) aparatu tydzień wcześniej)...Panowie "włosi" już sobie pojechali a mój jakże przezorny, baczny i czujny tata wstąpił do fotografa żeby dowiedzieć się ile wart jest ten aparat...no i się zgiął, i to bardzo...pan fotograf, zapewne ukrywając uśmiech na swej twarzy, wyjaśnił, że aparat nie dość, że jest plastikowy, te wszystkie duperele, które niby posiada to są atrapy, robi okropne zdjęcia, na pewno nie jest cyfrowy (tu nie mam pojęcia czemu mój tata myślał, że jest??)to nie jest wart nawet 50 zł...(a moim dodanym skromnym zdaniem on ma się tak do aparatu jak zabawkowe telefony komórkowe jakie można kupić w kiosku do prawdziwych...z daleko wyglądają jak prawdziwe...ale z bliska...żenada:P)

Wtedy mój tata jakże przestraszony, zdenerwowany, przerażony i zalękniony, zadzwonił do mamy i uprzedził, że nie ma dobrych wieści...wrócił do domu blado-zielony i się przyznał...ale zaklinał, żeby nic nikomu nie mówić bo mu wstyd jak nigdy w życiu, że dał się tak zrobić, szczególnie, że tydzień wcześniej dawał mi mnóstwo wskazówek jaki ten aparat (co ja miałam kupić) ma być, co ma mieć itd...a moja mama w dzień udaje, że jest zła, a nocami spać nie może bo się śmieje...no przy tacie nie będzie tego robić i tak już dość się nacierpiał...

No i teraz mój oszukany, pokrzywdzony, skonsternowany i jakże zażenowany tata jest milutki dla mamy, zgadza się na wszystkie jej pomysły, o których przed tym wszystkim nawet nie chciał słyszeć, nie dyskutuje i obmyśla skąd by tu wziąć pieniążki żeby oddać mi dług (bo akurat te pieniądze były moje...)a aparat leży dokładnie schowany w szafce...no bo co z nim teraz zrobić??

A ja teraz tylko czekam kiedy mój tatuś pochwali mi się zakupem;) ech dobrze chociaż, że chęci miał dobre...ale jak wiadomo, dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane...

tak więc uważajcie i nie dajcie się oszukać...wiem, powiecie, że trzeba być strasznie naiwnym, ale mój tata kilka dni wcześniej słysząc podobną historię od mamy o jej znajomym (tylko, że tam nie byli Włosi z aparatem bez benzyny tylko Rosjanin ze złotem i niedostatkiem pieniędzy na bilet - gdzie złoto nie było nawet tombakiem a to co kupił za 500zł nie było warte 20zł nawet) to twierdził, że głupich nie sieją, że oni sami się rodzą itd, itd...

nie znasz dnia ani godziny kiedy możesz zostać oszukanym...

jakieś słówko?? (9)


9 września 2005 10.40
"Nowy koń trojański upomina internautę, gdy ten ogląda strony zawierające treści erotyczne.

Według firmy Sopshos, w tym tygodniu pojawił się nowy koń trojański, który krąży po Internecie i walczy ze stronami zawierającymi treści erotyczne i pornograficzne. Specjaliści rozpoznali program jako Yusufali-A, który monitoruje zachowania użytkownika w sieci. Kiedy wykryje, że wyszukiwarka rozpoznała stronę jako zawierającą "nagość" oraz "seks", wyświetla na ekranie wiadomość dla internauty zawierającą wersety Koranu.
Użytkownik może m.in. przeczytać "Allah wie. jakie strony oglądasz i co robisz w swoim domu". Jeśli internauta nie zamknie strony www, Trojan wyświetla inną wiadomość: "Oh! Nie, jestem w klatce", po czym automatycznie wyłącza stronę.
Specjaliści twierdzą, że Yusufali-A nie jest złośliwy. Jak podkreślają, ten koń trojański ma wyłącznie charakter umoralniający internautów."
za wirtualne media

no proszę...a ja już myślałam, że jak trojan to coś złego...ale z drugiej strony jakoś nie mam ochoty żeby ktoś moralizował mnie w taki sposób...na dodatek koranem. Jeszcze trochę a może jak będę wchodziła na stronę L&M-ów albo jakiegoś piwa to mi się będą wyświetlały różne sutry z Dhammapady buddyjskiej?? Prawo rynku - jest popyt jest podaż...po coś te strony są...jakby ludzie na nie wchodzili i nie chcieli ich oglądać to by nie było ich aż tyle...więc jak ktoś chce sobie na nie wchodzić, to nikt inny, szczególnie ktoś nieznany, anonimowy nie powinien mieć nic do tego...

a tak całkiem z innej beczki...dwa dni temu kuzynka Marcina urodziła Amelkę...taką śliczną, malutką i bardzo głośną kruszynkę:)) Jej rodzice bardzo na nią czekali i są bardzo szczęśliwi..choć jak wczoraj przyglądałam się świeżo upieczonemu tatusiowi, to do niego chyba jeszcze to wszystko nie do końca dociera:) choć z najdrobniejszymi szczegółami opowiadał jak to wszystko się odbywało i co się teraz dzieje z Moniką (żoną i matką)...muszę przyznać, że pierwszy raz w życiu widziałam Marcina zażenowanego i przerażonego jak tego wszystkiego słuchał...ale jest dumny bo będzie chrzestnym (hmm...tzn całkiem niedawno była o tym mowa więc jeśli nic się nie zmieniło to tak będzie:)a w sobotę jedziemy w odwiedziny do szpitala (niestety było cesarskie cięcie więc trochę dłużej tam zostaną). Ale jest nowa dzidzia w rodzine:) i to takiej najbliższej:))i znowu jest szansa zostać ulubioną ciocią:))

jakieś słówko?? (9)


10 września 2005 14.32
Dziś będę się bawić w kosmetyczkę...a może wizażystkę?? Nie, wizażystka za dużo powiedziane...będę tylko malować:) Kachę...wybiera się na wesele a ja mam jej pomóc...Jasne, bardzo chętnie...tylko jeden mały szkopuł (Boże nie wiem jak to się piszę:|)...ja w życiu nigdy nikogo nie malowałam...tzn malowałam ale na obozie a tam jest zasada im gorzej tym lepiej:) I wiecie co?? Byłam w tym mistrzem:))

Tak więc zacznijcie się już martwić o wygląd Kaśki...:) choć próba była robiona i nie było najgorzej...ale to chyba dlatego, że każde oko było pomalowane inaczej żeby K. mogła sobie wybrać...

Tylko teraz pytanie za 100pkt - czy będę umiała pomalować oba/obydwa/oboje oczu tak samo??? zdolności manualnych u mnie totalny brak (dlatego też się nie maluje ponieważ zdecydowanie lepiej wyglądam bez makijażu niż z nim - oczywiście tyczy się to makijażu zrobionego przeze mnie osobiście;p)ale będę się starała jak tylko umiem

więc trzymajcie wszyscy mocno kciuki:D



jakieś słówko?? (11)


12 września 2005 10.14

hmm...widzę tutaj jakieś znaczne zmiany (mam na myśli edycje)...podobają mi się, podobają:) będę się musiała nauczyć jeszcze tego ale już widzę, że będzie łatwiej:)

ale nie to chciałam napisać...

chciałam napisać, że jest mi strasznie przykro, smutno i do tego okropnie dziwnie...
wczoraj się dowiedziałam, że w nocy z sobotę na niedzielę zmarła moja polonistka z liceum...
była jednym z najlepszych pedagogów jakich spotkałam na swojej edukacyjnej drodze, od początku wiedziałam, że tak będzie, z Kachą tłumaczyłyśmy kilku osobom, które strasznie na Nią, na początku narzekali, że jeszcze kiedyś Ją docenią, po maturze będą wdzięczni za to, że właśnie z Nią mieliśmy polski...
Pani Naneta Kłobukowska była zawsze opanowana, dystyngowana...ja zawsze widziałam ją kilka epok temu (np. przełom XIX i XX w.) w eleganckiej, wytwornej sukni jako hrabinę...ale nie była niedzisiejsza...miała bardzo wysoką kulturę języka (no zresztą czego innego spodziewać się po polonistce??) ale poza tym można z nią była porozmawiać o rzeczach dzisiejszych...

Na początku 1 klasy przeżyliśmy ogromny szok...weszliśmy na polski a tam...nie ma dyktowania, nie ma pisania na tablicy...jest tylko tekst, że 'nikt nie będzie nas rozpieszczał i że nauczymy się jak to jest na studiach'...i...sami musieliśmy notować to, co uznawaliśmy za ważne, nic nie było gotowe, trzeba było nie dość, że brać czynny udział w lekcji to jeszcze równolegle  słuchać innych, układać to, co mówią w jakieś sensowne zdania i notować...

Zawsze wkurzało nas, że jak wyrwała do odpowiedzi to nie słuchała nas tylko patrzyła zamyślona przez okno...teraz już wiem, że robiła tak tylko przy tych uczniach, którzy wiedziała, że są dobrzy i nie trzeba ich słuchać a i tak dostaną dobrą ocenę (przez co kilka razy udało mi się dostać dobrą ocenę przy całkowitym nieprzygotowaniu się do lekcji...wystarczyło mówić:P)

Masakra, a potem już komedia była jak nagle ni z tego, ni z owego, przy okazji "Lalki" mieliśmy odpytywanie i to nie jak zwykle z treści, ale ze szczegółów i to na dodatek takich drobnych (np. jaką ozdobę zakładała Izabela do błękitnej sukienki, czym rzucił Rzecki jak się zdenerwował na Wokulskiego, czy jaki miał widok z okna). Pytania były tak szczegółowe i takie liczne, że my z Kachą pomimo, że nie przeczytałyśmy Lalki wcale, na filmie zasnęłyśmy po pierwszych 5 minutach, wiedziałyśmy wszystko...ja do tej pory pamiętam wiele szczegółow choć, wstyd się przyznać, ale nie wiem w ogóle o co chodziło w tej powieści (liczyłam, że na maturze jej nie bedzie, a nawet jak będzie to będzie inny temat:P)

I pamiętam jak wielka była rozpacz, jak się okazało, że będąc w 3 klasie, Naneta została wicedyrektorką i oddała nas bo obawiała się o to czy starczy jej czasu na wszystko...jak chodziliśmy i prosiliśmy ją żeby nas znowu wzięła, że nie wyobrażamy sobie matury bez Niej a tym bardziej przygotowań do niej...i tak chodziliśmy (zresztą nie tylko my bo i rodzice no i przede wszystkim wychowawczyni), że sobie wychodziliśmy i w 4 klasie znowu mieliśmy polski z Nią...

Potem matura...do której wiedzieliśmy, że jesteśmy przygotowani najlepiej jak można, której się nie baliśmy bo Naneta nie straszyła nas (no, w 1 i 2 klasie jak najbardziej ale kiedy zaczął się przedmaturalny stres to tylko nas podtrzymywała na duchu)...

Każdy znał swoje możliwości bo nigdy nie byliśmy oceniani schematycznie - ktoś ciągle pisał prace na 5, raz mu nie poszło dostał pałę, trójkowy uczeń napisał bardzo dobrą pracę to dostawał bez niczego 5...choć muszę przyznać, że akurat ja co jakiś czas miałam obniżaną ocenę za totalny brak interpunkcji (której wtedy nie uznawałam:P - mówiłam szybko więc i pisałam szybko, a stawianie przecinków było dla mnie tylko stratą czasu) ale zawsze wtedy miałam w adnotacji napisane, że praca dobra lub bardzo dobra ale ocena obniżona właśnie za to.

To była naprawdę wspaniała nauczycielka...żelazna dama ale ze złotym sercem...idealna polonistka...i naprawdę się cieszę, że miałam ten zaszczyt (bo inaczej tego nazwać nie można) być uczennicą Pani Nanety Kłobukowskiej...świeć Panie nad jej duszą...

 

p.s. teraz już w ogóle czuję się strasznie staro...nie mam już kogo odwiedzać w swoim liceum...wszyscy nauczyciele, którzy mnie uczyli i których miałam ochotę odwiedzić w szkole od czasu do czasu, już odeszli...albo na emeryturę albo na zawsze...nikogo z kim byłam najbliże, już nie ma tam... za to wśród nauczycieli pojawiają się moi znajomi...rówieśnicy...ja wiem, że taka jest kolej rzeczy ale Naneta mogła odejść na emeryturę, choć chyba była na nią jeszcze za młoda...nie musiała umierać...mogła jeszcze żyć...ja zawsze marzyłam, żeby moje dzieci miały z nią polski...a tak...ja nie mam dzieci a Jej też już nie ma...bezsensu...totalnie bezsensu...


jakieś słówko?? (7)


12 września 2005 23.50

no i Tusk ma już 45%....cieszy mnie to, cieszy...:)

a miałam nie pisać nic o polityce...ale takie jedno małe zdanko to nie grzech:)


jakieś słówko?? (4)


13 września 2005 10.20

W końcu trochę litości na dworzu...
słońce przestało być sadystą świecącym bezlitośnie po oczach, powietrze już nie stoi bezczynnie, duchota odeszła na razie w zapomnienie....nie to, że narzekam...ale jakaś chwila odpoczynku należy się...od razu człowiek inaczej się czuje...do wczoraj nawet niechcieć mi się nie chciało...a dziś?? od rana humorek dopisuje, wyjście z domu nie przeraża mnie tak jak jeszcze wczoraj...nie musze się zastanawiać w co się ubrać żeby nie zgrzać się jak dziki osioł...oddycham pełną piersią:)

mała rzecz a cieszy...:) chyba mało skomplikowana jestem (???) i nietrudno mnie zadowolić (bez skojarzeń zboczuszki:P) 


jakieś słówko?? (3)


13 września 2005 14.17
buuuu....czuje się strasznie staro...są czasem takie chwile, że mam wrażenie jakby mnie ktoś obuchem, bez litości, walnął w łeb...a ślad po uderzeniu układał się w napis "starucha"...jedną z takich chwil jest jak wszyscy sąsiedzi (mężczyźni) bez względu na wiek (pomijając rówieśników bądź tych z którymi jestem na "cześć") mówią mi pierwsi "dzień dobry"...;(( nie chce być stara...nie chce żeby dzieci mówiły mi na "pani", a tym bardziej nie chce żeby mi nastolatkowie mówili per "pani"...panią będę jak będę miała doktorat w kieszeni, dzieci, męża i jakąś stabilną, świetnie płatną pracę...czyli być może nigdy:)

jakieś słówko?? (4)


13 września 2005 17.07

hmm...weszłam sobie na stronkę uniwerku, łudząc się naiwnie, że być może nasz wspaniały informatyk zamieścił już plan zajęć (gromkie hahaha!!! naiwność powinna być surowo karana:P)...

i w informacjach dla kandydatów znalazłam test, który "pomoże Ci podjąć decyzję odnośnie wyboru kierunku studiów" - ech... aktualizacje naszej strony czasami wręcz mnie porażają...aktualności kończą sie na początku czerwca...ale i tak najfajniejsze jest to, jak ma się zajęcia na 8.00 (i to najlepiej podwójne czyli do 11.15), poprzedniego dnia wchodzi się na stronkę, sprawdza na tablicy na wydziale i nic nie ma...wstaje się tak rano, że aż to jest niemożliwe, jedzie przez 3/4 Gdańska żeby dowiedzieć się z reguły o 8.15, że "zajęcia z .... w dniu dzisiejszym są odwołane"...to jest po prostu takie boskie, uwielbiam wręcz to...(ech...dzięki Boże za ironię)

ale wracając do tematu...zrobiłam sobie ten test i co mi wyszło?? Oczywiście że bardzo szeroki wachlarz zdolności i zainteresowań (a co!!:P) i takie tam bleble ble...no i że najlepszy dla mnie będzie:
na miejscu 1. marketing i zarządzanie (???? halo o co chodzi??? z moim totalnym imbecylizmem matematycznym??? chyba czegoś tutaj nie rozumiem...przecież ja zanudziłabym się na śmierć na tym kierunku!!!a na dodatek pewnie nawet pierwszego semestru bym nie zaliczyła)

na miejscu 2. politologia (interesuje mnie polityka ale tak tylko troszeczkę i nie wyobraząm sobie interesować się nią bardziej...zresztą uczyć się tych wszytkich...łeee nawet nie chce mi się myśleć na ten temat:P)

na miejscu 3. socjologia (no nareszcie coś zbliżonego...ale to jeszcze nie to...)

I mam teraz sytuacje patową...no bo z jednej strony sama kiedyś będę tworzyła testy (zresztą już to robię) no i jakoś nie powinnam podważać wiarygodności i rzetelności testów psychologicznych...w końcu test predyspozycji to psychologiczny...ale z drugiej strony, czy to znaczy, że nie nadaję się na psychologię?? :((( to jakim cudem jestem już na 5 roku i to z taką średnią??

bezsensu...

a może to znaczy, że psychologię mogę sobie skończyć ale psychologiem będę żadnym??  


jakieś słówko?? (6)


14 września 2005 17.11
echh...jakby to fajnie było wygrać w totka...taką szósteczkę...sześć liczb, które mogą wpłynąć na całe życie...i to nie tylko moje ale i wszystkich naokoło...
dziś kumulacja...kilka milionów...nawet nie potrafię sobie wyobrazić jakby wyglądała taka kupka tych pieniędzy (tak, tak, wiem nie wypłacają całej kasy na raz a tym bardziej gotówką)...jejku, co ja bym zrobiła z taką gotówą?? wiem, że na pewno nie musiałabym się już martwić o to co będę robić po studiach...mogłabym iść do każdej szkoły jaka mi się zamarzy...iść do pracy nawet za darmo, ale tam gdzie bardzo chce pracować...a tak teraz, od razu?? na pewno jakieś wakację...autko, takie malutkie, wymarzone, ukochane...taki citroenik C3...każdemu z bliskich mi osób starałabym się kupić to, o czym marzą (wiem, że pieniądze w realizacji marzeń nie są najważniejsze, ale nie czarujmy się, są bardzo ważne)...mhmmm....nie, dobra, nie ma co planować i dzielić skóry na niedźwiedziu...moja wygrana byłaby dosłownie ósmym cudem świata...

szczególnie, że ja wcale nie gram w totka:P

jakieś słówko?? (1)


15 września 2005 18.59
czasem ktoś musi umrzeć, żeby inni mogli się spotkać...

Czasami życie potrafi spłatać człowiekowi figla...czasem jest on śmieszny, czasem żałosny a czasec wręcz kuriozalny...Dziś był pogrzeb ś.p. Nanety...miała bardzo krótki ale piękny pogrzeb...krótki bo podobno nie życzyła sobie żadnych przemóień, wystąpień itp., piękny ponieważ nigdy w życiu nie widziałam tylu osób na pogrzebie...była cała szkoła, wszyscy uczniowie, każdy na galowo, z czerwoną różą (podobno było ich 4,5 tyś.), bardzo dużo absolwentów, nauczycieli kiedyś uczących u nas i w ogóle z innych szkół...uczniowie utworzyli szpaler, stojąc jeden obok drugiego, wzdłuż całej trasy przemarszu konduktu...
I dopiero dziś, po ponad 4 latach udało spotkać się naszej klasie...było nas 20 (z 36) osób...z niektórymi spotkałam się pierwszy raz od dnia rozdania matur...z niektórymi widuję się dość często...ale zadziwia mnie fakt, że ciągle potrafimy się zmobilizować, ciągle pomimo tego, że rozjechaliśmy się po całej Polsce, potrafimy znaleźć się wszyscy, poinformować, zrobić zrzutę...kupiliśmy ogromny, piękny wieniec z 60 czerwonych róż (choć nie odbyło się bez wtopy - kwiaciarka na wstędzę zamiast "...abiturienci 2001" napisała "abiturięci" na szczęście jedna mała szpilka i ładnie zasłoniło się to nieszczęsne "ę"...). Jak przyszła nasza wychowawczyni to była z nas dumna...każdemu nauczycielowi pokazywała nas i mówiła "to są moje"...pewnie chciała powiedzieć jak zwykle "to są moje dzieciaki" ale te dzieciaki już sobie podarowała:)
Ale zawsze tak umieliśmy się zachować...pomimo tego, że klasa (jak każda zresztą) podzielona była na grupy i grupki, mimo, że nie każda grupka z każdą się lubiła, jak tylko trzeba było, to bez najmniejszego problemu umieliśmy się zjednoczyć, odsunąc na bok wszelkie niesnaski i współpracować...jak chcieliśmy jechać na wycieczkę to sami musieliśmy ją sobie organizować - zdecydować gdzie, kiedy, za ile, chodzić po biurach podrózy, dowiadywać się, dzwonić, zbierać kasę itd...organizowaliśmy bardzo często imprezy zamknięte(jak nie połowinki to 18-tki, mikołajki, andrzejki...każda okazja była dobra:P)
Po pogrzebie poszliśmy na piwo...jak fajnie było znowu siedzieć z tymi ludźmi, pożartować tak jak kiedyś...poczułam się jakbym znowu była w liceum:) Oczywiście, umówiliśmy się, że w święta jakoś znów się zdzwonimy i spotkamy, ale nie ma co się łudzić, każdy ma już swoje życie, swoje sprawy i raczej nie spotkamy się jeszcze długo w takim licznym gronie...do następnego pogrzebu...albo ślubu...na za rok szykują się dwa więc zapewne do zobaczenia z większością Was za rok:)
choć będziemy się starać spotkać przed upływem tego czasu...a może się zdziwię i w święta jednak się spotkamy w więcej niż 4-5 osób??
Oby, bo klasę miałam naprawdę świetną...a jak wiadomo - klasę tworzą ludzie, którzy byli najfajniesi z możliwych:)

jakieś słówko?? (5)


16 września 2005 17.44
"Śmierć jednego człowieka to tragedia lecz śmierć milionów to statystyka"
Józef Stalin

Ostatnio coś w tym miejscu dużo jest tematu śmierci...niestety...tak się złożyło...nie jest to mój ulubiony temat, ale...jakoś dużo śmierci naokoło...

Najbardziej niesprawiedliwe, a wręcz totalnie bezsensu jest moment, kiedy umiera młoda osoba...może zabrzmi to brutalnie, ale jest tylu ludzi starych, chorych, czasem wręcz marzących o śmierci...więc czemu umierają tak młodzi ludzie?? Albo dzieci??
Dlaczego??
Przecież jeszcze nie zdążyli jeszcze pożyć, poznać wszystkich wad i zalet życia, nie zdążyli zobaczyć tego co przeciętny człowiek zobaczy w ciągu całego swojego życia, nie zdążyli nacieszyć się życiem...swoimi bliskim...ani bliscy nimi...

Nie rozumiem jak może zgasnąc życie, jeszcze zanim na dobre się rozpaliło...dla mnie to jest strasznie bezsensu...nigdy tego nie zrozumiem i nigdy się z tym nie pogodzę...

życie czasem jest naprawdę popieprzone!!!


jakieś słówko?? (6)


17 września 2005 13.14
Zmienił się adresik stronki CieCiorkowskiej:) Tamten który miałam w linkach był przestarzały i nieaktualizowany, wydawałoby się od wieków...a pod nowym adresem są nawet zdjęcia z ostatniego turnusu:))

możecie je znaleźć tu : oficjalna strona Cieciory

ale postanowiłam, że pokaże Wam jeszcze kilka zdjęć:) z prywatnego albumu...ale ponieważ jeszcze wszystkich zdjęc nie posiadam, ale mam nadzieję, że już niedługo to się zmieni - prawda Piotruś?? :)

Kto nie chce, niech nie ogląda :p

1. turnus 2 CieCiora'05

2. jeszcze raz wszyscy:))

3. Najlepsza grupa (Kacha będzie oponować:P) bo moja:))) FAJERBOLE!!!

4. A tak się wygląda na naszych obozach...to norma:))

5. A takie mamy sprzęty - oprócz standartowych wózków...wywożą nim za karę:P

6. Czasem jeszcze tak się przemieszczamy:) (zdjęcie z zeszłego roku)

7. Szpital na perypetiach...ups...na CieCiorce

8. operacji ciąg dalszy:)))))

No, to na razie tyle...:) nie wiem co mnie wzięło, ale zebrało mi się na wspomnienia...może dlatego, że już niedługo zobaczę się ze wszystkimi?? Nie mogę się już doczekać:)))

p.s.
dla niewtajemniczonych...CieCiorka to obozy kontaktowe dla dzieci niepełnosprawnych na które jeżdżę sobie już od kilku lat...:) jeżdżą z nami dzieci i studenci jako opiekunowie:) i jest to naprawdę rewelacyjna sprawa:)

jakieś słówko?? (2)


18 września 2005 16.00
Zastanawiam się czasem nad sensem istnienia blogów oceniających inne blogi...tak, tak, przeglądam czasami z nudów i najczęściej przez przypadek...
i taka refleksja mi się nasuwa...żeby jeszcze oceniany był np. tylko wygląd bloga, ale treść??
co komu do tego...i dlaczego ktoś ma mnie krytykować bo nie podoba mu się jak piszę?? Od krytykowania mojego stylu i tekstów była polonistka w szkole...poza tym są gusta i guściki...jednemu taki styl odpowiada innemu nie...

dziś właśnie weszłam do jednego takiego przybytku, poczytałam (jacyś studenci polonistyki albo bardzo dobrzy uczniowie z gramatyki - oceny naszpikowane "mądrym" słownictwem i nazewnictwem) i zaczęłam się zastanawiać...po co ktoś takie coś zakłada?? bo nie ma pomysłu na własnego bloga?? bo lepiej ponabijać się z innych niż napisać coś od siebie?? Zresztą po tych blogach widać, że niektórzy nawet porządnego zdania sklecić nie potrafią a silą się na ten mentorski i wszechwiedzący ton, momentami żałosne, a wręcz powalające teksty i czasem brak pomyślunku, że mogą komuś sprawić przykrość, pisząc nie całkiem delikatną, a już na pewno nie konstruktywną krytykę...a namnożyło się tego od cholery...
Nie oceniam ludzi zgłaszających się do takich blogów...po to one w końcu są, jest popyt, to i podaż jest, jak mi się nie podobają to nie muszę tam wchodzić, nie muszę ich czytać a już tym bardziej nie muszę się tam zgłaszać...ale może ktoś mi wytłumaczy co daje taka ocena?? Może kiedy, ktoś pisze dla innych, niekoniecznie dla samego siebie to ok...ale nie, nie wiem, nie rozumiem...poproszę o wyjaśnienie jeśli ktoś wie...
z góry wielkie dzia:)

p.s. Czy ja już kiedyś wspominałam, że nie lubię być chora?? No i co z tego, że nie lubię...jak i tak jestem!!! A ponieważ jestem chora to mogę się porozczulać nad sobą, prawda??
Boli mnie gardełko, plecki, główka i mam gorączkę lekką...ech to wszystko przez ten mecz wczorajszy (bo to piwo to już nic nie zrobiło:P)...ale plusem całej sytuacji jest to, że Kujawiak wygrał...2:0...i jest git:)

jakieś słówko?? (11)


19 września 2005 13.25
taak...dziś jestem z siebie dumna:)) bardzo dumna:)) siedziałam 2 dni, nie wstawałam od komputera (no tylko za normalnymi, podstawowymi potrzebami:P)...aż w końcu to zrobiłam:))
okiełznałam htmla:)) nie jest już dla mnie tak groźnym przeciwnikiem jak jeszcze wczoraj:))

nareszcie przerobiłam swoje badania do magisterki...teraz mogę już spokojnie wysyłać mailem ankietki i nikt nie będzie się musiał męczyć z usuwaniem kropek żeby wstawić swoją odpowiedź:))

ach...po prostu jestem taka dumna z siebie...szczególnie, że jestem totalny imbecylus komputerus...

hmmmm...jak dobrze mi to zrobiło:)) humorek od razu lepszy...i uśmiech na mojej rozgorączkowanej twarzy wystąpił...i główka przestała boleć...:D

no i żeby nikt mi nie powiedział, że przez całe wakacje pracy nie ruszyłam..:>


jakieś słówko?? (4)


20 września 2005 09.17
Zły sen...bardzo zły...nieprzyjemny...szpital...operacja...blee...nie, nie chce już o tym myśleć...teraz trzeba zrobić wszystko, że zapomnieć...mam nadzieję, że szybko i skutecznie mi się to uda...

jakieś słówko?? (5)


21 września 2005 13.02
Dziś troszeczkę złośliwości:)) a co.. raz na jakiś czas też można nie być grzeczną, ułożoną dziewczynką:D no i pewnie trochę długo...:)

"Trzeba być zaburzonym psychicznie, żeby chcieć zostać prezydentem. Trzeba być na przykład na skraju demencji starczej, o co podejrzewam Zbigniewa Religę. Zaburzenie Lecha Kaczyńskiego nazywa się „syndromem Napoleona”, Tusk nigdy nie dojrzał, Giertych ma starcze paranoje, a Stan Tymiński codzienne bezpośrednie transmisje od Matki Boskiej – powiedział Wirtualnej Polsce Piotr Tymochowicz, specjalista od wizerunku i public relations."

Odpowiem tylko gromkim HAHAHAHAHA!!!!!
A jeszcze lepiej BUAHHAHAHAHA!!!!

Ale nie omieszkam wsadzić tu jeszcze kilka fragmentów rozwijających tą skondensowaną aczkolwiek przezabawną wypowiedź:) Oberwało się każdemu, no prawie każdemu:

Religia - "Trzeba być na przykład na skraju demencji starczej, o co podejrzewam Z.R. Może kiedyś był dobrym chirurgiem. W czasie mojej praktyki w szpitalu na ul. Sobieskiego w Warszawie poznałem człowieka, który miał głęboką depresję i sześć chorób psychicznych. Kiedyś był profesorem pięciu fakultetów. Wszyscy mają prawo na starość zwariować, więc profesor Religa też. - z tego co się zorientuję to do zdiagnozowania depersji i szeregu różnych chorób psychicznych potrzebna jest cała bateria testów, poprzedzonych wywiadami i obserwacją...poza tym spędziłam cały rok na oddziale psychiatrycznym (tzn. nie jako pacjent a w ramac zajęć teoretycznych i praktycznych) i jakoś nigdy nie poznałam ani nawet nie słyszałam że można mieć tyle chorób naraz...jak na mój gust aż tylu nie dałoby rady mieć bo część chorób wzajemnie się wyklucza bo są całkowitym przeciwieństwem...ale co ja mogę wiedzieć...:P

Kaczyński - rozumiem zaburzenie Kaczyńskiego. To się nazywa „syndrom Napoleona” i polega na skumulowaniu wewnątrz i stłamszeniu własnych kompleksów. Do tego dochodzą jeszcze tak zwane kompleksy wizualne, to znaczy fatalna prezencja, niski wzrost. Przeciwwagą dla tego są ambicje totalne. Wiadomo, że fizycznie już się nie zmieni, ale mentalnie się zmieni, będąc na odpowiednim stanowisku. - tiaaaa ...jest mnóstwo syndromów choć akurat o Napoleona nie słyszałam....co najwyżej kompleks...ale całego syndromu w psychologii Napoleon się nie dochrapał...no chyba, że przespałam jakiś wykład...

Tusk - rozumiem zaburzenie Tuska, które polega na tym, że on nigdy nie dojrzał. Cały czas jest takim mydełkowatym chłopcem, miłym, ale nijakim. I taki powinien być prezydent, trochę nijaki, mdły.

Borowski - <>Rozumiem kompleks Marka Borowskiego, który podświadomie czuje się niezrealizowany. Gdybyśmy prześledzili jego karierę polityczną, to szybko doszlibyśmy do wniosku, że ten człowiek miał zawsze wielkie ambicje, zawsze był medialnie na topie, kreował się na superintelektualistę, ale nie znajdowało to nigdy odzwierciedlenia w zajmowanych stanowiskach. Metodą terapii jest dla niego zostać prezydentem. Gdyby został prezydentem, prawdopodobnie wyleczyłby się ze swego nieudacznictwa politycznego.( proszę, proszę..nie dość że diagnosta to jeszcze i terapeuta:D) To ten sam syndrom, który powoduje, że ludzie idą na psychologię. Nie po to, by pomagać innym ludziom, ale po to, by sobie zrekompensować własne problemy. będąc już złośliwą, pragnę zauważyć, że sam pan Tymochowicz jest niespełnionym psychologiem...niespełnionym bo zamiast na psychologię (a składał) dostał się (i ukończył, co mu się chwali) fizykę...może właśnie dlatego teraz jest taki bo nie dostał szansy zrekompensowania sobie swoich problemów?? Co jednak nie przeszkadza mu z powodzeniem podszywać się pod tą profesję...

Giertych - Jeśli mówimy o paranoi, to mamy na myśli oczywiście Macieja Giertycha. To jest tak zwana starcza paranoja i chore fiksacje. Jacyś Żydzi, cykliści, masoni. Ja już nie bardzo wiem, kto bardziej ponosi winę za stan kraju, czy cykliści, czy masoni. A może masoni na rowerach? Trudno powiedzieć, ale to jest chore. Kiedy myślę o Giertychu, jako o kandydacie na prezydenta, to mam chęć udania się mu z pomocą. a ja jak to czytam mam ochotę współczuć Giertychowi...ja bym nie skorzystała z takiej pomocy...drugim mulatem RP zostać bym nie chciała...

No a Lepper jako jego klient?? - O Andrzeju Lepperze mógłbym powiedzieć dużo, a napisać co najmniej cztery książki. Ale nie wypada mi tego robić, dlatego że Lepper był bardzo szczególnym dla mnie klientem. Nie dlatego, że mi dużo zapłacił, ale dlatego że naprawdę robiłem wszystko, by on osiągnął jak najwięcej. no i jakoś mało chyba zrobił...choć nie, przepraszam...zrobił...z opalenizny Leppera nabija się już nie tylko Polska ale i cały świat:P A to właśnie Tymochowicz doradził solarium...

Najlepsze jest to, że ja również nie myśle najlepiej o większości kandydatów, ale to co on wyprawia przechodzi już wszelkie pojęcie...nawet jeśli się kreuje na znawce ludzkiej duszy i wnętrza to wypisując te wszystkie farmazony (syndromy Napoleona, kompleksy, paranoje itd) przekreśla sam siebie w oczach ludzi inteligentnych...każdy raczej wie, że istnieje coś co się nazywa kodeks etyki każdego zawodu i zasadą najważniejszą czy psychologa, czy księdza, czy lekarza, czy osoby pracującej gdziekolwiek jest tajemnica zawodowa i nie wygłaszanie własnych przemyśleń na temat danej osoby na forum publicznym.... szkoda tylko, że na Leppera nie powiedział nic...chętnie bym poczytała...ale cóż prawo pieniądza działa i tu...że nie wspomnę już nic na temat jego uczestnictwa w Europejskiej Akademii Psychologii Integracyjnej (gdzie szkolą astronomów, wróżki, jasnowidzów a po skonczeniu tej szacownej uczelni (po obronie pracy dyplomowej, przetłumaczonej na rosyjski, bo u nas placówka ta nie jest honorowana) otrzymuje się mistrzowski stopień Reiki), która bardzo skutecznie blokuję w sejmie prace nad ustawą o zawodzie psychologa...bo bez tego psychologiem może być każdy...jak w arce noego...
"taki mały, taki duży może psychologiem być,
taki ja i taki ty może psychologiem być,
taki mądry, taki głupi może psychologiem być..."


ech...szkoda gadać...

p.s. tak sobie dziś użyłam, bo nie piłam jeszcze kawy, a bez niej jakaś kąśliwa i żmijowata się robię:P

jakieś słówko?? (10)


22 września 2005 11.54
Czuję się jak na karuzeli...albo kolejce górskiej - raz w górę bardzo żmudnie, powolnie żeby już za chwilę pędzić w dół z ponaddźwiękową prędkością...towarzyszą temu takie same uczucią jak na prawie prawdziwej kolejce (prawie, bo na takiej prawdziwej nigdy nie miałam okazji być, ale nawet jakbym miała to i tak bym z niej nie skorzystała bo cholernie boje się wysokości i szybkości:P. A to prawie prawdziwa to z lunaparku z Władysławowa - nie wiem czy ona jeszcze tam jest, ale ostatnio jak tam byłam to zostałam namówiona na przejażdżkę, której żałowałam przez dłuugie lata...oczywiście ze strachu i on wcale nie był konstruktywny i mobilizujący - był najbardziej dezorganizujący jaki mógł się zdarzyć w moim skromnym i ubogim we wszelakie przygody życiu).

Od kilku dni zmagam się z katarem, przeziębieniem czy co to tam jest...i już mnie wkurza, że w momencie kiedy biore jakąś durną aspirynę czy upsarin czuję, że powolutku, pomalutku dochodzę do siebie, cieszę się z powrotu do osób w miarę normalnie oddychających (a nie sapiących jak gruby, łysy i podstarzyły chłop uprawiający seks z tanią prostytutką gdzieś na szybko w samochodzie), żeby potem w przeciągu pół godziny zwaliła mnie z nóg gorączka, dreszcze, ogromny ból głowy i totalny brak sił nawet na odezwanie się...

Już mam dość!!! jak mam być chora to niech się już rozłożę porządnie na dzień czy dwa (tak jak to się normalnie odbywa) i po kilku dniach mieć już chorobę zaliczoną i z głowy, a nie tak będę się męczyć pewnie jeszcze przez najbliższe 2 tyg, żeby i tak ostatecznie się położyc na dwa dni do łóżka...

takiej chorobie mówię kategoryczne NIE!!! I która partia zagwarantuje mi, że dziś, góra jutro to się skończy, to bez względu na wszystko, zagłosuje na nią i jeszcze zrobię im skuteczną kampanię wyborczą...

czemu nie jest jak w reklamie?? tam zawsze jak coś komuś jest to powie tylko "łojejku...pomocy..." i zaraz zjawia się mąż/żona/sąsiadka/listonosz/osoba na przystanku/taksówkarka i daje leki (i to za darmo - tak chyba z dobroci serca:P) i już po chwili wszyscy są zdrowi, rześcy i zadowoleni

A więc ja też:

ŁOJEJKU...POMOCY...!!!!

jakieś słówko?? (8)


22 września 2005 20.10
tekst dnia mojej mamy:

Akcja toczy się w domu, mama zakłada swoje okulary

Mama: Oooo, chyba mi się wzrok pogorszył...albo poprawił...cholera i to tylko w jednym oku..
Ja: W jednym?? a skąd wiesz??
Mama: no w jednym bo jakoś tak strasznie niewyraźnie widzę...ale tylko na to jedno oko...
Ja (podchodząc bliżej i patrząc głęboko w oczy jakbym umiała wyczytać z ich dna całą przyszłość): Mamo, ale Tobie jedno szkło z okularów wypadło...
Mama (z ogromną ulgą): Uffff...już myślałam, że cyklopem zostanę...

jakieś słówko?? (7)


23 września 2005 14.12
Może ja za dużo wymagam...nie wiem...ale ja chcę plan zajęć!!! Miłoby wiedzieć kiedy, co i z kim mam, na jakiś czas przed tym faktem...no i chyba warto podać jakąś wiadomość od kiedy w ogóle coś mam...kurcze, przecież muszę zaplanować choćby kiedy mam jechać bo wypadałoby tak troszeczkę przygotować się na wyjazd...Czy to naprawdę tak dużo???

p.s. uwielbiam przepływ informacji na moim "ukochanym" wydziale...wrrr...

jakieś słówko?? (6)


24 września 2005 11.58
W moją wizję przyszłości (a konkretnie tego co będzie się działo za rok) tchnięto nowe życie. A w zasadzie samo się tchnęło...a może ja tchnęłam...zresztą nieważne, ważne że pojawiła się jakaś iskierka nadzieji i mniej czarno patrzę w moją postudencką przyszłość:)

Poznajdowałam w naszym szacownym internecie kilka ofert pracy...i tak sobie myślę, że skoro są teraz to i za rok będą jakieś...to, że one są znaczy, że jednak praca jest. Może nie pod domem, może nawet nie w okolicy domu, ale lepsza wieś kilkanaście km od miasta niż siedzenie w mieście bez niczego:) A to nawet lepiej się składa bo w mieście na to samo stanowisko jest więcej wymagań a najważniejszym (niestety bez szans na spełnienie go przeze mnie) jest kilkuletni staż, a na wsiach (w sumie to miasteczka gminne, a nie wsie, na wsi jakoś psychologów nie potrzebują za bardzo) nie wymagają tego...wniosek z tego taki, że właśnie tam mogę odbyć ten staż, nabrać doświadczenia itd.

A już jak będzie doświadczenie to i większe możliwości na pracę bliżej...a może mi się spodoba tam...zresztą, nie czas teraz na myślenie jak to będzie, czy mi się spodoba, czy nie...najważniejsze jest, że nie gnębie się już (jak przez większość wakacji) tak bardzo i wiem, że jak się postaram, pochodzę, pojeżdżę to tą pracę będę mieć...i to wcale nie na kasie w Tesco:)))

Swoją drogą ciekawe czy to normalne, że na cały rok przed skończeniem studiów, człowiek tak się zastanawia i martwi co to będzie dalej?? Dla mnie samej jest to trochę dziwne, bo zamiast korzystać z ostatnich wakacji, ostatniego roku studiów ja już martwię się o pracę na przyszły rok...ale ja zawsze pod tym względem byłam dziwna...uważacie, że to jest normalne???

jakieś słówko?? (7)


26 września 2005 12.48
a dziś będzie pozytywna notka..:))) a czemu??? bo czemu nie:P

ale chociażby dlatego, że:
- mam bardzo dobry humor ocierający się bardzo mocno o głupawkę;
- jest bardzo fajna pogoda - słonko, ciepełko...idealna temperatura jak dla mnie:)
- znowu wiem, że w swoim nosie, wbrew ostatniodniowym pozorom, mam jednak dwie dziurki a nie tylko jedną:P
- wyspałam się, miałam ładny sen,
- powiodło mi się kolejne życie w 20lives
- ogólnie jest zajebiście:)))
- zaraz spotykam się z Kachą
- wieczorem z M. (jakby te dwa ostatnie to była jakaś nowość;P)
- nie mam nadal planu ale już mnie to dość mało obchodzi bo wbiłam sobie do głowy, że przed 4.10. nie będę go miała:P
- nie wiem kiedy pojadę do gdańska ale im później tym lepiej więc nie spieszy mi się z poznawaniem daty:P
- i mogłabym, wyliczać tak jeszcze wiele, wiele, wieeele powodów ale...nie mam czasu bo wychodzę:P


jakieś słówko?? (6)


27 września 2005 16.36
wczoraj wieczorem już prawie zaczełam malować sobie afisz pt "wróżka Leokadia prawdę Ci powie...tylko za ..zł" (nie wymyśliłam jeszcze za ile będę mówić tą prawdę)

a wszystko dlatego, że od jakiegoś czasu mam tak, że czasem coś powiem i nagle to się staje...i wczoraj zastanawiałam się i gadałam o tym z Kachą co by było jakby np LPR dostało ileśtam mandatów w sejmie a Giertych Jr. się nie dostał....i co?? wracam wieczorkiem do domu, załączam komputer, wchodzę na wiadomości i co widzę??? "Romana Giertycha nie będzie w sejmie"

o Matko Boska!!! pomyślałam sobie, przecież ja mu to przewidziałam!! jasnowidzem się stałam niewiadomo kiedy (ale już od jakiegoś czasu - niestety jasnowidzem ze strasznie krótką pamięcia bo za żadne skarby nie mogę sobie teraz przypomnieć co ja przewidzialał wcześniej - Kacha jak czytasz i pamiętasz to przypomnij mi:P)

Zaczęłam od razu głośno myśleć "co by było gdyby Dora trafiła 6 w totka...", aż nagle przypomniałam sobie, że siedząc tego dnia z Kachą w ogródku przy piwku, ni stąd, ni zowąd zaczęłam się zastanawiać ile kasy maksymalnie można wydać jednego dnia na cele czysto konsumpcyjne (bez opłat, rachunków i kupowania samochodów, samolotów itp), na takie wydatki jednodniowe...a może to też przepowiem i stanie się tak, że będę mogła sprawdzić???

Już oczami wyobraźni widziałam siebie w nowoczesnym gabinecie wróżbiarskim jak przepowiadam ludziom przyszłość a oni płacą mi za to grubę pieniądzę, ja staję się sławna itd....

no ale rano miałam ostre i bardzo brutalne zderzenie z rzeczywistością - mam zaprenumerowane mmsy z najświeższymi wydarzeniami - i rano zostałam obudzona wiadomością że Giertych Jr. jednak jest w sejmie, że po podliczeniu głosów z okręgu warszawskiego okazało się, że jest posłem...(a ja myślałam, że kto jak kto, ale warszawiacy będą mądrzejsi:()

niestety nawet najlepszym zdarzają się pomyłki...więc i wróżce Leokadii mogą:))

ok, wiem, chyba z tak długiego NicNieRobienia odbija mi malutka korbka, nie wspominając o schizofrenicznych i paranoidalnych zachowaniach:P...jak dobrze, że już niedługo październik i będę się miała czym zająć:)))

jakieś słówko?? (4)


28 września 2005 10.02
dziś szukałam RODKu (rodzinnego ośrodka diagnostyczno - konsultacyjnego) u nas w mieście, ale albo ja nie umiem szukać (co wydaje mi się stosunkowo mało realne, bo zawsze, prędzej czy później ,ale udaje mi się znaleźć to, czego szukam) albo po prostu u nas takiej szacownej instytucji nie ma!! Jest w Płocku, jest w Toruniu ale przecież we Włocławku (albo okolicach) musi też być - przecież mamy sąd okręgowy (czyli jesteśmy okręgiem a nie rejonem) więc placówkę taką również powinniśmy mieć - no bo przecież chyba nie wysyłają nielatów po opinie do innych miast??

wracając do tematu (uniosłam się lekko, ale jestem podirytowana faktem nie znalezienia przeze mnie rzeczonej instytucji), szukając tego znalazłam szkołę dla siebie na za rok:) taki sam kierunek jak w Poznaniu tylko, że w Warszawie...taniej i z zajęciami tylko w weekendy (tzn w soboty i niedziele - w Poznaniu są od piątku do niedzieli a niekoniecznie wiem czy akurat będę sobie mogła w co drugi piątek nie chodzić do pracy)...no i prof. Kazimierz Pospiszyl jako opiekun naukowy, chociaż w Poznaniu jest prof. Lew Starowicz (jeden z największych autorytetów moich od kilku lat). Chociaż Pospiszyla też wszystkie książki mam już przerobione...Do Warszawy mam lepsze połączenia - co godzinę mogę jeździća do Poznania to już wyprawa z przesiadką...

no i sama zadałam sobie kolejnego ćwieka...:) jednak człowiek jak nie ma problemów i nie ma nad czym myśleć to zawsze sobie coś wymyśli, tylko żeby nie mieć wolnej głowy:P

bezsensu:)

ale wolę zastanawiać się nad szkołą niż wkręcać sobie jakieś inne filmy - to myślenie chociaż jest konstruktywne, wkręcanie filmów jest destrukcyjne...

więc idę sobie pomyśleć...:)))o podyplomówce:))

jakieś słówko?? (7)


29 września 2005 18.45
Dziś samotny wieczór...wszyscy gdzieś się porozjeżdżali...ale to i dobrze - dawno nie spędzałam czasu sama ze sobą - mam chipsy, cole, kilka filmów, które się już okropnie zakurzyły i zapłakały z bezczynności czekając aż zbiorę się do ich objerzenia...:)

naoglądam się komedii - normalnych jak i romantycznych, może powzruszam się...może popłaczę...pośmieję...raz na jakiś czas taki wieczór jest potrzebny:) i dziś mam nawet na taki ochotę:))

p.s. a co do planu to dostałam wczoraj wieści z placu boju, że dopiero w poniedziałek będzie...super - szkoda, że jeszcze nie później...ale wiem też, że zajęcia zaczynamy dopiero 6go choć kiedy ja zacznę nie mam zielonego pojęcia - mam tylko nadzieję, że znowu będę miała zajęcia tylko 2 dni w tyg i to najchętniej poproszę w jego środku:)

Ja zamawiam wtorek i środę proszę pani od planu:))

jakieś słówko?? (7)


30 września 2005 16.04
mam plan...i wiecie co powiem??

JAK JA STRASZNIE NIE LUBIĘ BABKI OD PLANU!!!!

z semestru na semestr mam coraz gorszy plan - a to chyba powinno iść w odwrotną stronę?? coraz więcej muszę kombinować żeby jakoś po swojemu sobie go ułożyć...np teraz wychodzi na to że codziennie mam tylko 1 zajęcia z czego w poniedziałek na rano, a w piątek na 13.15 - że już nie wspomnę, że ostatni pociąg mam o 15.10 więc i marne szanse na to, że na niego zdążę...do tego kilka weekendów z zajęciami...i to na razie na tyle bo nie mam planu dla wszystkich zajęć z tego semestru - nie wiem jeszcze co z 2 przedmiotami

ale już pracuję nad oswojeniem trochę tego rozkładu zajęć - zrezygnuje z poniedziałkowych (i tak mam wzięte za dużo godzin) a z wtorkowych zrezygnuje na rzecz jakichś innych - może w piątek do południa...a może kolejnych pakietowych (5 razy po 6 godz.). No i muszę wziąć jeszcze jakieś z poziomu B (muszę mieć zrobionych 10 a na razie mam tylko 9) ale jeśli uda mi się zrobić wszystko tak jak planuje to poniedziałek i wtorek będę miała wolne, no i co drugą środę bo w środę mam zajęcia co 2 tydzień i na 16.45...więc nie będzie źle - nawet jak w weekend będę miała jakieś warsztaty to do domku w sobote albo niedzielę...

jejku jak ja nie lubię tak kombinować - potem latać załatwiać przepisywanie się z zajęć, głupio-słodkie uśmiechy do informatyka żeby przepisała...ech - jeszcze nie zaczęłam tego semestru a już mam go dość...

jakieś słówko?? (4)