psychotic, neurotic... but symphatic :))
- homo studentus:P
Dida
- jej najgłębsze zakamarki duszy
Inspiracja
- inspirujący dzień i czas:)
Kacha
- myśli nieukryte
Outsiderka - crazy outsiders
Pytanie dnia
- kobieta z
mózgiem, która nie waha się go używać :)
Snaefridur
- znowu jest z czego
bardzo się cieszę:)))
Tu mieszkam, uczę się i żyje:
włocławek - moje miasto
uniwerek - edukował
Gdańsk - jak się edukowałam to tu
pomieszkiwałam
CieCiorka - jak się nie
edukowałam to tu się produkowałam
KNPSiP - Koło Naukowe
Psychologii Sądowej i Penitencjarnej - stronka już się zbudowała - zapraszam wszystkich do zapoznania się z nią
Bywam jeszcze tu:
grono - tłumaczyć nie trzeba
griddlers - liczbami
malowane
wytwory - lekarz maluje
Anne Geddes - zdjęcia
maluszków:))
Pomagam:
nakarm dziecko
na polskie serducho
Dodaj do ulubionych
Layout by Kattie&Dora
8 sierpnia 2005 14.43 orka, orka, niech żyje nam CieCiorka
dawno mnie tu nie było...byłam w pracy...choć nie, praca to złe słowo:)) byłam na obozie, na którym świetnie się bawiłam...i jeszcze mi za to zapłacą:)) super:))))
jeszcze tylko wyciąć kilka(naście lub nawet dziesiąt) akcji Zbycha (komendanta) i byłoby już w ogóle ekstra:)
Byli świetni ludzie, choć na początku (pierwszego dnia) niewiele na to wskazywało...więc jak to w życiu bywa pozory mylą...
miałam świetną grupę, inne grupy też były super...
wszystkie grupy są the best kto nie wierzy głupi jest!!!
tak naprawdę podział na trzy grupy był w tym roku bardzo sztuczny, ludzie z każdej grupy zżyli się ze sobą tak bardzo...poza tym było stosunkowo mało (do zeszłych lat) rzeczy robionych w grupie. Dużo czasu było na siedzenie, gadanie...bez podziału kto z fajerboli, kto z koszatniczek (nauczyłam się w końcu tej nazwy) a kto z wyjców.
czasem było ciężko, kilka razy nawet się poryczałam, ale nigdy nie przez uczestników... z reguły z bezsilności na durnotę Zbycha. Ale zawsze było do kogo pójść, pogadać, przytulić się...
przepraszam, szukam opiekuna...gdzie mój opiekun?? bo w tym roku inaczej też niż w zeszłych latach było sporo facetów...zawsze mieliśmy max. 2 opiekunów, reszta to dziewczyny...a w tym roku było ich aż 9 :) (dla tych co się nie orientują to nasze obozy to obozy kontaktowe dla dzieci niepełnosprawnych, wszyscy podzieleni są na 3 grupy, a każda grupa składa się z dzieci (podopiecznych) i studentów (opiekunów), nad cała grupą czuwa wychowawca czyli m.in ja:)) Każde dziecko ma swojego opiekuna, właśnie studenta (czasem są to też maturzyści). Najczęściej są to studenci akademii medycznej (z lekarskiego i z fizjo)po 1 roku, którzy przyjeżdżają do nas w ramach praktyk studenckich. Ale przyjeżdżają też studenci, którzy nie muszą mieć praktyk, też z akademii, z pedagogiki, czasem w niezwiązanych kierunków czy wydziałów...np Piotruś był z polibudy, Kaśka z dziennikarstwa itp)
Właśnie...super też było to że w tym roku ani razu nie pożarłyśmy się z Kaśką, a wręcz przeciwnie...Kaśka wspierała mnie bardzo w trudnych chwilach
dzięki Kaśka za to
asia, asia niech nam żyje Kasia!!!
Mogłabym teraz tu opisywać każdego po kolei ale nie o to chodzi...wszyscy byli wspaniali...kochani...chyba jeszcze na żadnej CieCiorce ludzi nie byli tak zżyci, nie dogadywali się tak fajnie ze sobą jak teraz...a to był już 4 mój obóz. I bardzo fajne było też to że my jako wychowawcy nie byliśmy (przynajmniej ja tego nie odczuwałam) traktowani jako kadra, czyli ktoś nad, tylko jako integralna część grupy:))
I to jest właśnie to
o co chodzi...
to kapitalna sprawa...
bombowa...
to fantastyczna rzecz
fenomenalna...
dobrze nam razem jest
ze soba....
Dzięki Wam wszystkim za wspaniałe 2 tyg. i mam nadzieję, że spotkamy się jak najszybciej...szkoda byłoby zaprzepaścić takie fajne znajomości;)))
p.s. aha i zapomniałam dodać jeszcze o jednym baaardzo ważnym aspekcie obozu...w ciągu tego czasu schudłam ponad 10kg!!!! wszystkie spodnie na mnie wiszą...muszę chyba iść na jakieś zakupy:)))
jakieś słówko?? (5)
9 sierpnia 2005 15.28 bo wyspanie jest the best kto nie wierzy głupi jest!!!
w końcu po raz pierwszy od ponad 2 tyg wyspałam się...jakie to fajne uczucie...powieki ważą tyle ile powinny, a nie jakieś milion ton, skóra pod oczami jest naturalnego koloru i nie mam wcale na myśli koloru naturalnego, ziemistego czy podchodzącego pod fiolet...
Jednak spanie po 3-4 godziny na dobę nie jest najlepszym pomysłem ani najzdrowszym sposobem przeżycia:))Choć w tym roku nie było jeszcze aż tak źle w porównaniu z zeszłymi latami. Zebrania kadry zaczynały się stosunkowo wcześnie, przebiegały szybko i sprawnie więc można było kłaść się spać już ok 2, no ale nawet jak się chciało spać idąc na zebranie, to Zbychu zawsze tak podniósł ciśnienie, że jakimś dziwnym cudem już nikt nie myślał o łóżku...
i wtedy szło się do palarni, gdzie w godzinach nocnych było najfajniej, byli tam wszyscy którzy o tej porze jeszcze nie spali, nawet niepalący...ale palarnia miała jakiś swój urok i czar (nie chwaląc się to właśnie ja z Piotrkiem, własnymi rączkami tworzyliśmy ją prawie od podstaw, w deszczu i bardzo niesprzyjających warunkach). I właśnie tam najlepiej nam się śpiewało, pląsało, tańczyło, wymyślało mniej lub bardziej mądre rzeczy, śmiało no i oczywiście gadało...to była taka nasza (opiekunów i wychowawców) oaza spokoju, tam dzieci nie miały wstępu (jeszcze żeby Zbychu tam nie przychodził) choć my mieliśmy wszystko na oku. I to właśnie w palarni przesiadywało się nocami, kiedy dzieci już spały...i gadało godzinami...oczywiście o dzieciach:)) a jakżeby inaczej...no ale cóż na obozie to właśnie dzieciaki były centralną częścią naszego życia...więc w palarni wymieniało się uwagi w stylu, które dziecko, jaką i w co zrobiło kupę (kupa, dzieci i podteksty to były podstawowe i ulubione tematy palarniane), na jaki kolor dziś pomalować Rafałka żeby chciał się wykąpać, przy chwilach ciszy zawsze ktoś wyjeżdżał z tekstami dzieci pt kiedy przyjedzie PKS??, kiedy będzie babcia?? albo kurdebelebele...w palarni zawsze można było się przytulić do kogoś...pomilczeć...odpocząć...pobluźnić...
ech...zastanawiam się jak jeszcze długo będę gadać, pisać, myśleć o obozie?? Kiedy przestanę na każdą okazję śpiewać jakąś CieCiorkowską przyśpiewkę...kiedy przestanę wszystkich głaskać, przytulać, zwracać uwagę...kiedy moje matczyne zapędy będą mogły znowu na rok iść spać...kiedy w końcu dotrze do mnie że nikt mi nie odpowie na moje "let me see you(r) balerine...", że nie usłyszę po raz tysiąc dziewięćset czterdziesty trzeci w ciągu godziny stwierdzenia Maciusia (od którego wzięła się nazwa naszej grupy - fajerbole) a moja zabawka też będzie miała kule fajerbol, takie jak w cieciorce...i będą świeciły na ciemnoniebiesko, granatowo, turkusowo, zielono, żółto...co powiedziałem??, choć tekst w przeciwieństwie do nazwy naszej grupy ewoluował powoli i się rozmnażał tak, że pod koniec Maciuś mówił m.in a moja zabawka też będzie miała taką myjnie samochodową...taką z biało-granatowymi wielkimi, kręcącymi się szczotkami...i umyją mojego lanosika. Co powiedziałem?? albo mój ulubiony tekst...Dorotaaa, ja Cie zapraszam na mojego długiego węża!!!!co powiedziałem???
i tu zboczuszkiem każdy kto pomyślał o czym innym niż karuzela w kształcie wężą, a ja z Maćkiem jedziemy w pierwszym wagonkiu:))))
Muszę też się przyzwyczaić, że rano mogę robić jedną kawę tylko dla siebie, że nie ma już Piotrka i nie muszę mu już jej robić...że o popołudniowej kawie za to muszę pamietać sama bo nie ma już Estery, która zawsze o mnie myślała...że nie muszę się już chować z kubkiem przed Zbychem...że baton przed śniadaniem nie jest najlepszym pomysłem...że nie ma już Rafałka krzyczącego co 5 min przepraszam idę wyrzucić żeby po chwili krzyczeć przepraszam, już wyrzuciłem...że nie muszę budzić już Kaśki na 10 min przed apelem...że nie ma Mateuszka, który zawsze tak słodko się przytulał i całował...itd, itd...mogłabym pisać i pisać, i pisać...ale chyba już wystarczy...
ostatni raz chciałabym jeszcze tylko powiedzieć:
dziękuje Wam wszystkim za wszystko!!!!Jesteście kochani:))
i zaśpiewać mojego ulubionego pląsą:
do przodu prawy pośladek daj,
do tyłu prawy pośladek daj
i potrząśnij nim
bo przy ugi bugi bugi trzeba w koło kręcić się
no i klaskać trzeba też (raz, dwa, trzy)
uuuuugi bugi aha, uuuuugi bugi aha:))
i obiecuje, że więcej nie będę pisać już na temat obozu...może jeszcze w jakiejś notce przemycę kilka zdanek ale to jest już ostatnia notka w całości poświęcona obozowi:))najwyższy czas powrócić do pozaCieCiorkowskiej rzeczywistości gdzie nie powinno się już malować farbami po twarzy i całym ciele...gdzie nie trzeba siadać pupą w błoto, albo w miskę z wodą...gdzie nie trzeba iść na obiad z majtkami na głowie...gdzie nie powinno się rzucać w siebie błotem, jedzeniem czy innymi rzeczami...gdzie jak nie zjesz min. 5 lodów dziennie to masz przechlapane...gdzie posiadanie zdartego i zachrypniętego głosu świadczy o chorobie a nie o najnormalniejszym stanie rzeczy...kurcze, kończę już bo znowu zaczynam:))
ale życzę wszystkim bycia choć raz w życiu w takim miejscu gdzie ja bywam co roku od 4 lat...naprawdę super doświadczenie...wspomnienia i nauka na całe życie:)))
CieCiorkowskie jest życie
głupie i szalone
ranki senne i mokre
ale noce, ale noce przebojowe!!!!
i to już koniec o CieCiorze....słowo zucha:))
jakieś słówko?? (8)
10 sierpnia 2005 14.40 melancholia?? i keczup:P
Siedzę sobie właśnie w za długich spodniach od dresu, w za dużej o kilka numerów bluzie, w za cienkich skarpetkach, na rozklekotanym krześle, gdzie różne śrubki wbijają mi się w nieodpowiednie części ciała (zresztą jakby któreś były odpowiednie do śrubek:), przed zdecydowanie zbyt często psującym się i za trudnym jak dla mnie komputerem...i patrzę przez okno (nie, nie napiszę, że za brudne bo takie nie jest:). Patrzę i zastanawiam się gdzie jest to lato??? Przecież jest dopiero 10 sierpień...gdzie to słońce...ciepło...??
Niby słonko raz na jakiś czas przebije się przez chmury, ale tylko tak delikatnie i nieśmiało jakby się czegoś bało...a my przecież na nie czekamy i liczymy na nie. Słyszysz słonko?? Chcemy Ciebie:))
hmm...chyba już naprawdę popadłam w jakąś chorą melancholię skoro gadam ze słońcem...w sumie to ja nawet nie gadam z nim tylko do niego piszę...jakby umiało czytać...a może umie?? ciekawe...:)
tak więc słonko od czasu do czasu jest...czyli powinno być fajnie...ale nie jest...przeraża mnie wiatr...jest okropny, porywisty, duży...boję się wiatru od kiedy w wieku ok 5 lat porwał mnie z parasolką. Na szczęście mój odważny i zawsze zachowujący zimną krew tatuś mnie uratował czyli złapał na kilka metrów przed dość ruchliwą ulicą:)- dzięki tato!! Ale od tamtej pory boję się wiatru...i parasolek gdy jest wiatr...dlatego wolę moknąć niż mieć parasol... To takie głupie, dziecinne strachy...ale każdy w życiu powinien się czegoś bać. Wolę się bać duetu "wiatr + parasolka" niż czegoś co bardzo utrudniałoby mi normalne życie...
I jak tak patrzę na drzewa rosnące przed moim blokiem, które pod naporem wiatru muskają moje okna (a mieszkam na 4 piętrze więc drzewka są dość duże - hmmm...w sumie mają dokładnie tyle lat co ja - rodzice z sąsiadami sadzili je zaraz po wprowadzeniu się do nowego bloku, a zaraz po chwili urodziłam się ja:)), zastanawiam się co będzie jak wiatr jeszcze się zwiększy...gałęzie wybiją mi szybę?? i co wtedy?? będę się bała jeszcze bardziej?? oczywiście wiatru a nie drzew...z drzewami jestem w dziwnie sentymentalny sposób związana...i zawsze żal mi jak mają ściąć jakąś, choćby najmniejszą gałązkę...
ech...bezsensu...ale chociaż mam o czym myśleć:)) bo przed chwilą jeszcze myślałam o wszystkim i o niczym...bardziej o niczym niż o wszystkim ale też było fajnie:)) Lubię takie chwilę wyciszenia, kiedy nic nie muszę...nigdzie się nie śpieszę...nikt na mnie nie czeka...
mała melancholia nie jest zła:)) o ile nie jest za duża:))
dopisane: 15.09
chciałabym po raz ostatni i mam nadzieję, że definitywny zdementować plotki jakoby we Włocławku pomidory rosły na drzewach...NIE, nie rosną...rosną normalnie tak jak wszędzie na krzaczkach...a etykietka na najlepszym z keczupów (czyli z Włocławka - jakby jeszcze znalazł się ktoś kto ma inne zdanie na ten temat, choć jeszcze nikogo takiego nie spotkałam:) jest mylna...choć:
fakt nr 1. tak, jest tam drzewko
fakt nr 2. tak, keczup robi się z pomidorów
fakt nr 3. tak, na drzewku są czerwone plamki
fakt nr 4. tak, pomidory są czerwone
ale..
- fabryka keczupów nazywa się Kujawskie Zakłady Przetwórstwa Owocowo - Warzywnego więc przerabiają tam nie tylko pomidory
- na drzewku na etykietce są JABŁKA!!!
no czasem jak jest sezon i zwożą pomidory do zakładu, to leżą one na jezdni więc jakby ktoś mówił, że u nas pomidory leżą na ulicy to byłabym skłonna się zgodzić...ale nie zgodzę się na to że rosną na drzewach..:)Piotruś, Bartuś i reszta - zrozumiano???
Keczupowo górą!!!! i pomidory NIE rosną u nas na drzewach!!!!
jakieś słówko?? (2)
11 sierpnia 2005 10.44 ranki senne i mokre...
Już od samego rana pogoda dziś jest jakaś taka "bylejaka"...taka październikowa...a nawet nieśmiało bym rzekła, że wręcz listopadowa...jak to dobrze, że za oknem mam jeszcze wszystkie (zresztą czy wszystkie to sprawa dyskusyjna...nigdy nie podjęłam się policzenia ich więc wychodząc z założenia, że jest ich jeszcze całe mnóstwo, mówię, że są wszystkie:) i na dodatek jeszcze zielone liście na drzewach...gdyby nie one to już w ogóle nie wiedziałabym jaka to pora roku...szczególnie, że na kalendarzu ściennym czas zatrzymał mi się 8 lipca...nie wiem czemu akurat wtedy ale wychodzi na to że od ponad miesiąca nie przesuwałam tego małego, czerwonego ekranika...skandal...a może to i dobrze bo jak widzę upływ czasu to jakoś tak czuję jak się starzeje...
ale ja nie o tym...hmmm...no właśnie tylko o czym to ja chciałam...nie, nie o pogodzie, ona jakoś sama tak się wtrąciła...czas też...aha już wiem:)
bo (tak, tak, wiem, od "bo" się nie zaczyna wypowiedzi:)) ja sobie tak myślałam (po obozie jeszcze trochę to boli:P) i doszłam do wniosku, że ja to czasem jestem bardzo niefajna...czemu??
a dlatego, że: czasem jestem uparta jak osioł i nawet jak wiem, że nie mam racji to dla zasady tkwię przy swoim...czasem jestem złośliwa...czasem, robiąc coś nie myślę o uczuciach innych...czasem jestem okropną materialistką...czasem lubię sobie porozmawiać z kimś o kimś innym, niekoniecznie o dobrych rzeczach...czasem cieszę się że inni mają gorzej niż ja albo że dobrze, że to nie mnie spotkało...czasem kłamię...czasem myślę o kimś co innego niż mu mówię...czasem jestem zamknięta w sobie jak w Alcatraz...czasem wręcz odwrotnie...czasem jestem zbyt nachalna...czasem po prostu nic mi się nie chce...czasem udaję kogoś kim tak naprawdę nie jestem...zawsze jestem pamiętliwa - pamiętam wszystko i wszystkim, po jakimś czasie tylko udaję, że już zapomniałam ale pamiętam i wciąż mnie to boli...czasem mam schizofreniczne i paranoidalne zachowania...czasem trzeba się mnie bać...czasem można ze mnie tylko się śmiać...a czasem nie zostaje nic innego jak nade mną popłakać...
ale mimo to wszystko nie jest ze mną chyba aż tak źle...no bo w końcu zdaję sobie sprawę z tego, nie ukrywam, nie udaje, że tego nie ma...a przecież największą mądrością, najwyższym jej poziomem, najbardziej dojrzałym jest umiejętność dostrzeżenia w sobie braków, swoich niedoskonałości...więc skoro ja je dostrzegam i co gorsza chyba je akceptuje, to nie jestem taka niefajna...przecież
"człowiek, który wie, że jest głupi, nie jest takim głupcem..."
czyli wniosek jaki??? nie jestem chyba aż taka niefajna???
jakieś słówko?? (3)
11 sierpnia 2005 13.58 człowiek to jednak dziwne stworzenie...
od rana jak to od rana humorek nienajlepszy...nie był zły, ale najlepszym bym go nie nazwała...w sumie nawet nie był pozytywny...choć negatywny też nie...taki sobie neutralny:)
a teraz??? teraz dostaje jakiejś chorej głupawy, twarz mi się śmieje jakbym była po bardzo wesołym piwku, za oknem słonko wychodzi, wiercę się na krześle jak...jak nie wiem co:)) i wszystko mnie śmieszy:)))
Boże chyba jestem nienormalna:)) przepraszam, czy jest na sali jakiś psychiatra???
jakieś słówko?? (5)
12 sierpnia 2005 00.58 ciężkie jest życie....
no właśnie...dopiero teraz doszłam do wniosku (wiem, wiem, że na rok przed końcem to trochę za późno, ale z drugiej strony lepiej późno niż wcale:P), że ciężkie jest życie psychologa...ja jestem potencjalnym, przyszłym oby psychologiem (nie, nie żadną psycholożką bo z tym kojarzy mi się tylko "psycholożka chce pierożka" - psychologiem się jest i basta) i już mi czasem ciężko...tak jak dziś (tzn wczoraj:).
Najpierw do zakopania ogromny dół Kaśki...Kaśka to ma doły...nie oszczędza się...gabarytami przypominają Rów Mariański...ale z Nią mam łatwiej...po kilku słowach znam powód i mam już dość dobrze opanowną łopatę, której można użyć do pracy - bardzo prosty przepis: piwo + paczka fajek + czasem chusteczki + ewentualnie kaptur na głowę (ale to tylko w specyficznych warunkach obozowych..i to chyba na mnie:P) no i oczywiście + ja = łopata albo i spychacz w 99,5% przypadków skuteczny
Potem dołek miłosny od długiego czasu pełnoletniego mężczyzny...nie ma to jak wiara w siebie, podejście do życia pt "przepraszam, czy tu biją?? bo jak nie za mocno to ja wejdę", gdzie później to "nie za mocno" okazuje się całkiem sporym mordobiciem...i tłumaczenie, że z miłością jest jak z kluczykami do samochodu - im bardziej ich szukasz tym mniejsze szanse na to, że je znajdziesz. Ale kiedy tylko przestaniesz ich szukać, to same położą Ci się na tej szafce, którą przeszukałeś juz z milion razy...tylko, że ja wiem - łatwo mówić...sprawa nie wyjaśniona jeszcze ale wierzę, że będzie dobrze...może być ciężko ale będzie dobrze...po jednym złym przychodzą dwa dobre:))
W międzyczasie rozterki prawie miłosne (i nie tylko) pełnoletniej od całkiem niedawna...niestety tutaj dałam ciała po całej linii...umówiłam się na daną godzinę i nie dopisałam...ale wyskoczył ten rów i jakoś tak wyszło - tu potrzebna była natychmiastowa akcja reanimacyjna...przepraszam K...wszystko jest do nadrobienia i to już dziś:))
Ah zapomniałabym jeszcze o pewnej mamie, której dziś się przypomniało, że jej dziecko było na obozie i miało wspaniałą opiekunkę (Beatka:)), którą można teraz straszyć niedorzecznymi rzeczami za rzeczy jeszcze bardziej niedorzeczne...no ok, obojczyk nie jest taki niedorzeczny ale nie po prawie 2 tyg!!!! Paranoja...
I to wszystko w przeciągu jednego zaledwie wieczora...czemu nikt mi nie powiedział, że wszczepili nam chyba kiedyś pod narkozą wykładu prof. Ros. jakieś dziwne czujniki, fluidy czy co, że problemy nawet po ciemku, kulawe, ślepe, głuche i bez węchu zawsze jakoś do nas dotrą...chyba ich zaskarżę:)) udam się do Bartka żeby nauczył mnie jak się pisze cos takiego i po prostu ich zaskarże...:))
Jak dobrze chociaż, że klinicznej sobie nie wybrałam...ja tam już wole swoje patologie i sądy...naprawdę...jakoś nie rusza mnie to aż tak...amen
jakieś słówko?? (3)
12 sierpnia 2005 14.16 miłość vs nienawiść
Łaziłam dziś bez celu po internecie i znalazłam to:
Nienawidzę Cię za Twój urok!
Nienawidze za złudne chwile szcześcia!
Nienawidzę za iluzję niebiańskiej rozkoszy!
Nienawidze za słowa,
które jak muzyka koją moje zmysły!
Nienawidzę za najsłodszy uśmiech,
przy którym blednie księżyć, gasną gwiazdy!
Nienawidzę za kolor oczu
jaśniejszych niż blask najcenniejszych diamentów!
Uwielbiam cię za obojetność...
Uwielbiam za cierpienie...
Uwielbiam za sny okrutne i mysli bolesne...
Uwielbiam za niepewność każdego spotkania...
Uwielbiam za pragnienie.
które memu sercu
bezustannie zadaje niszczace cierpienie...
Uwielbiam za wspomnienia,
którymi tak gnębisz mój nieszczesny umysł...
Obdarz mnie swą łaską!
Opętaj zmysly i zmeczone ciało!
Daj ukojenie palącego bólu -
wbij w moje serce tysiace ostrzy
Spraw abym czuła boskie uniesienie!
I zabij najokrutniej jak tylko potrafisz
Lecz przedtem podaruj, prosze...
...Jedno spojrzenie...
...Jedną myśl...
...Jeden pocałunek...
w głowie spustoszenie
a w sercu cierpienie
w oczach łzy
a we mnie tylko Ty..
Trochę nie na temat będzie ale ten wiersz (nie mam pojęcia czyj) nasunął mi pewną myśl...
Zastanawiam się czemu ktoś, kiedyś umieścił miłość i nienawiść na jednym kontinuum?? Czy jeśli nie określilibyśmy kiedyś tego jako 2 przeciwstawne uczucia to nie byłoby łatwiej?? Może wtedy równie często co teraz kochalibyśmy ale dużo rzadziej nienawidzilibyśmy???
Czemu miłość jest taka trudna?? Każdy bardzo jej pragnie, marzy o niej, czeka, a ona potrafi być tak niewdzięczna...okrutna... Czemu nie może być na nią prostszego sposobu?? Czemu trzeba się tyle nacierpieć, namyśleć, naczekać, nazłościć..?? Potem jak już ona jest znowu czasem trzeba cierpieć...płakać...czekać...
Ale jak już jej nie ma, jak odejdzie, zostawi, wtedy jest już jej najbliżej do nienawiści...wielu z nas nie umie się z tym pogodzić, a najprostszym?? sposobem jest właśnie znienawidzić. Pytanie tylko na jak długo?? Na zawsze?? Na chwilę??
Choć z drugiej strony, po głębszych przemyśleniach chyba sama ze sobą nie za bardzo mogę się zgodzić...w naszych czasach, słowa "miłość" i "kocham" straciły swój głębszy sens, swoje pierwotne znaczenie...Zdecydowanie jest nadużywane. Mam nowe buty i je kocham, mam nową koleżankę od 2 dni i ją też kocham albo co gorsza "koffam"...Więc jeśli ludzie tak kochają to pewnie tak samo nienawidzą...
A jeśli ktoś tak naprawdę kogoś kocha to nie umie go chyba nienawidzić, nawet w najtrudniejszych chwilach - wg mnie nie można się odkochać...kocha się już całe życie -na pewno inaczej ale to nie znaczy wcale...
Ja nie umiem nienawidzić osób, które kocham...tym bardziej nie chce...Kocham Cię M.
jakieś słówko?? (9)
13 sierpnia 2005 13.08 a któż to????
Dziś rano, kiedy jeszcze spałam usłyszałam pukanie do drzwi...najpierw takie nieśmiałe, ciche, delikatne...słuchając go (no bo po co wstać od razu i zobaczyć kto to:P) uświadomiłam sobie, że to nie pierwszy raz...że pukanie to powtarza się już od dość długiego czasu...na pewno od początku wakacji, a że wakacje mam od początku czerwca to jest już długo...czasem nawet zastanawiałam się czy ja przypadkiem nie mam omamów słuchowych...
Po chwili pukanie przestało być delikatne, stawało się coraz bardziej natarczywe, mocniejsze i głośniejsze...Ale ja już wiedziałam kto to może być więc schowałam się głębiej pod kołdrę, podkręciłam muzykę żeby to zagłuszyć. Przez chwilę było to skuteczne, niestety nie na długo...W końcu postanowiłam, że będę twarda i stawię temu czoła...wstałam, podeszłam do wizjerka i zobaczyłam tam, to co spodziewałam się zobaczyć...
Tak, tak...stała tam właśnie ona...ta, o której usilnie starałam się zapomnieć, choć wiem że nie powinnam, a wręcz nawet nie mogę...ta, przed która dość skutecznie uciekałam przez prawie 2 miesiące...ta, od której zależy moje przyszłe życie...ale też ta, do której mimo wszystko nie mam serca, nie mam ochoty jej na razie oglądać...jeszcze nie czas...jeszcze nie teraz...
A przez wizjerek zobaczyłam...moją całą w strzępach prace magisterską, z zaczętym i nieskończonym rozdziałem pierwszym...bez śladu rozdziałów nr dwa i trzy...z lekko nadgryzioną częścią empiryczną...z niecałą połową badań, które powinny być już wszystkie, a tam nawet to co jest, nie zostało przeliczone....ale za to ze wspaniałą stroną tytułową:) ( i tu idealnie sprawdza się powiedzenie "nie oceniaj książki po stronie tytułowej" :P)
ech...naprawdę to był żałosny widok...i jeszcze żeby mnie dobić usłyszałam głos mojej promotor, który powtarza, że po wakacjach albo badania wszystkie (zrobione, przeliczone i policzone) już mam mieć - akurat to jest wręcz nierealne no bo jeśli nawet przebadam te ok. 150 osób i przelicze ich wyniki do arkusza, to pomimo że mam program statystyczny nie ruszę tego dalej...albo mam mieć już skończoną część teoretyczną - czyli całe 3 rozdziały...:|
taaa...nie ma to jak zwizualizowane wyrzuty sumienia...no i co?? trzeba się wziąć do roboty...nie ma rady...w końcu to ja sama wybrałam sobie temat więc chyba nie mogę za bardzo narzekać...
a może mogę???
jakieś słówko?? (7)
14 sierpnia 2005 11.38 nic to...
Miałam dziś okropny sen...nie pamiętam co mi się śniło, nawet malutkich jego przebłysków mi brak. Ale wiem, że był zły...może nie koszmar ale na pewno jakiś przygnębiający był...obudziłam się ze łzami w oczach i z humorem na bakier...dobrze chociaż, że M. był obok i miałam się do kogo przytulić...trochę lepiej się zrobiło, ale niewiele...niestety...
I pomimo tego, że zawitało do nas słonko po wielodniowej nieobecności...pomimo, że dzień zapowiada się bardzo sympatycznie...pomimo, że mamy jechać do skansenu w Kłóbce na "kujawskie wesele" gdzie będzie chleb z najpyszniejszym smalcem jaki kiedykolwiek jadłam w życiu...pomimo, że wybieramy się potem na biesiady kasztelańskie z jednymi z ulubionych znajomych...pomimo, że wszyscy naokoło mają wspaniały humor...mnie dziś jakoś nic nie cieszy...
I czemu jest tak, że jak śni nam się coś przyjemnego to nie pamiętamy tego, a kiedy tylko sen nie jest przyjemny to albo pamiętamy go całego albo tylko (czy aż) uczucia, które jemu towarzyszyły??
Po cholerę ludziom sny??
jakieś słówko?? (11)
16 sierpnia 2005 10.33 dzieci??? nieee....!!
Zawsze powtarzam, że nie chcę mieć dzieci...że to nie dla mnie...że ja za dużo myślę...że wiem, że będę beznadziejną matką i nie chce skazywać dzieci (a tym bardziej swoich) na taką matkę...że u mnie z dziećmi jak z psami (przepraszam za porównanie ale naprawdę jest tak samo)- przez chwilę pogłaskać, pobawić się 5 min i już mam dość, już mogą sobie iść ode mnie...że 2 tyg obozu zaspokajają mój instynkt macierzyński na cały rok...zresztą jaki instynkt?? chyba nie mam go bo nie daje mi o sobie znać od kilku lat...że ja zdecydowanie lepiej i chętniej sprawdzę się w pracy a nie w wychowywaniu dzieci (bo to, że będę pracocholiczką i praca mnie zabije, jest już pewne)...
niektórzy marzą tylko o ślubie, o dzieciach...ja nie. Dziwne to czy nie - nie mnie to oceniać...ludzie mają różne plany i cele w życiu, w moich planach nie ma ani jednego ani drugiego...tzn ślub kiedyś tam, za kilka(naście) lat pewnie i będzie ale bardziej na zasadzie zalegalizowania tego co jest, a nie jakichś wyższych celów...Do życia ze sobą, bycia szczęśliwym, ślub nie jest niezbędny...
a z dziećmi?? każdy mi powtarza, że zmieni mi się (ten argument jest jeszcze do przyjęcia)...że jak zajdę w ciążę to nie będę już tak myśleć, ale HALO!!! czemu nikt nie chce zrozumieć, że ja nie chce zajść w ciążę??? że jak już zajdę to mogę sobie mówić co chce, ale i tak będzie już za późno...a żyjemy w XXI w. i można w nią nie zajść jeśli się chce...oczywiście nigdy nie ma 100% pewności ale można mieć na to jakiś wpływ...
może faktycznie moje podejście do dzieci się zmieni ale czemu ludzie na siłę wmawiają mi, że tylko mi się wydaję, że ja tego nie chce, a tak naprawdę o niczym innym nie marzę??? Trochę mi tu Freudem śmierdzi...on też twierdził, że największym marzeniem kobiety jest być gwałconą i rodzić dzieci...że rodzenie, ból z nim związany, cierpienie fizyczne jest jedną z największych masochistycznych przyjemności kobiety, do tego dochodzi wychowywanie - poświęcanie się dzieciom, zatracanie się w nich, pomijając potrzeby własne...no ok tylko, że ja nie jestem masochistką i nie jest to dla mnie przyjemność a wręcz przeciwnie...bynajmniej na razie...zresztą Freud był heroinistą (choć wtedy heroina nie była uznawana za narkotyk tylko za lek - i nawet napisał piosenkę na jej cześć) a poza tym wszystkie teorie na temat seksualności ludzkiej wymyślił dopiero jak przestał seks uprawiać (bo miał już za dużo dzieci i nie stać go było na kolejne - brak seksu uznał za najlepszą metodę antykoncepcji:)
lepiej być dobrą ciocią niż złą matka...:))prawda??
jakieś słówko?? (10)
16 sierpnia 2005 19.19 To jest ciekawe jak szybko rodzice mogą swojemu dziecku humor zmienić...i akurat tu i teraz nie mam na myśli jego poprawienia...wręcz odwrotnie:|
Kurcze chyba nikt nie ma takiej zdolności wpływania na innych jak właśnie rodzice na swoje dzieci...zakładam zresztą, że w drugą stronę działa to dokładnie tak samo ale ponieważ właśnie odbyło się to w kierunku rodzic - dziecko, będę egoistką i pominę tą drugą stronę...a co?? człowiek jakkolwiek by się starał, jest tylko człowiekiem i czasem też musi się wkurzyć...szczególnie jak ma powód...
A ja mam...
Ale zauważyłam poprawę...nie podnoszę już głosu (co nigdy krzykiem nie było - po prostu po tacie odziedziczyłam sporą moc głosu). Chyba na starość robię się bardziej cierpliwa...chociaż jakieś plusy starzenia się:) Ale to, że mam coraz więcej lat, nie przeszkadza mojej mamie wkurzać mnie potwornie...co gorsza wkurza mnie tak samo tylko, że o co innego...
ech..chyba mam pomysł na przyszłość...jak mnie nie przyjmą w policji to zajmę się badaniami rodziców w różnym wieku i opracuje jakieś metody wychowawcze...do zastosowania przez dzieci na swoich rodzicach...w końcu to jest jakaś interakcja więc skoro rodzice wpływają na swoje dzieci to dzieci na rodziców też...czemu nie możnaby tego wykorzystać?? oczywiście dla zbożnych celów:))
Może kiedyś będą się o mnie uczyć na pedagogice?? tak jak dziś się uczą o postawach rodzicielskich M. Ziemskiej czy stylach wychowania ( nie pamiętam kogo:P)
Ciekawe tylko czy to miałoby wzięcie?? Chcielibyście??
jakieś słówko?? (5)
17 sierpnia 2005 16.19 wrrr.... jak ja nie lubię komputerów...!!! i to z wzajemnością...!!! ludziom ograniczonym w tej dziedzinie powinni zakazywać używania komputera, internetu i wszystkich tego typu rzeczy...
albo robić specjalne szkolenia dla takich osób jak ja...i nie dawać do ręki płyt z programami o których nie mam żadnego pojęcia...i wyjaśniać wszystko krok po kroku jak dla upośledzonego umysłowego przedszkolaka...
albo najlepszy pomysł...do każdego komputera dodawać jakiegoś informatyka, który zna się na rzeczy, nie jest tylko informatykiem z wykształecenia, nie traktuje innych jak ciemnoty i nie bierze za wszystko kasy...:/
bo jak tak nie ma to co??
- załącza mi się jakiś linux (żebym jeszcze wiedziała co to i po co...kiedyś dostałam płytę z nim od znajomego i tak sobie leżała aż przypomniało mi się, że jest tam też jakiś antywirus, a że ostatnio cały tydzień komputer był wyłączony z użytku bo trojany sobie harcowały po moim dysku...więc postanowiłam sobie takowego antywirusa zainstalować - pewnie też jak będą chciały to będą harcowały razem z jakimiś innymi beaglami, robalami i co tam jeszcze jest, ale ja będę się czuła trochę pewniej:),
- wcina mi notki na blogu (moim własnym, osobistym - jak to tak można?? jak to możliwe??no ok tylko dwie ale zawsze!!!!),
- kontakty z gadu przenoszą mi się na wp kontakt i w żaden sposób nie mogę ich wrócić (tzn na gadu zostały ale nie chciało mi działać...:|ale w końcu ostatkiem sił udało się:),
- i te notki z bloga!!!!
- na wp pojawiają mi się jakieś dziwne ''zenki'', ''bolki" czy inne "zygmunty" o których nie mam pojęcia, w ogóle kto to jest, skąd się u mnie w kontaktach wzieli i czemu wszyscy mają ok 49 lat?????,
- I TE NOTKI!!!!
i w ogóle wszystko takie jakieś dziwne jest...nie każdy powinien mieć dostęp do komputera...tak uważam...zapewne jakbym się dowiedziała, że nie mogę z niego korzystać bo nie spełniam wymogów to wkurzyłabym się niemiłosiernie i zabiłabym zapewne gołymi rękoma...ale nie przeszkadza to mi tak uważać...:)dopóki ktoś mi nie zabroni...
i mam nadzieję, że ta notka zagości już na stałe na moim blogu...lepiej niech tak będzie...
jakieś słówko?? (12)
18 sierpnia 2005 11.13 Moja mamuśka mnie przeraża....stworzyłam potwora!!!
Pamiętam jak jeszcze jakiś rok temu bała się usiąść koło komputera, nie mówiąc już o jego włączaniu...potem odważyła się i chciała żebym nauczyła ją włączać i wyłączać. Jak się już tego nauczyła, stwierdziłam, że samo włączanie i wyłączanie nic jej nie da więc zaproponowałam, że nauczę ją wchodzić w gierki...te podstawowe windowsowskie...nauczyła się. Grała sobie w nie i grała...
W zeszłym roku jak byłam na obozie, zadzwoniła do mnie i spytała kiedy wracam bo jej już znudziło się granie z komputerem i czy można pograć z ludźmi bo ona tak słyszała i chce się nauczyć...ok...wróciłam i pokazałam jej kurnik...no i się zaczęło...literaki i tysiąc...tysiąc i lteraki...i tak w kółko...
Kiedyś przez przypadek podpatrzyłam, że moja mama nie tylko gra ale gada też tam z ludźmi!!! zdziwiłam się bardzo bo ja jej powiedziałam, że jak musi na chwilę odejść od komputera a właśnie gra to niech tu napisze że zaraz wraca...i tyle...i długi czas tak było....aż wykumała, że można tam pisać co innego.
A dziś poprosiła mnie żebym gadu-gadu jej założyła!!! Bo już kilka osób chciało z nią od tysiąca przejść na gg...i oczywiście zażyczyła sobie żebym wpisała jej też swój numer...i teraz ma mnie na jak na talerzu...muszę uważać co mam w opisach...:| I jeszcze żeby się nauczyć obsługi gg to teraz właśnie siedzę i gadam z moją mamą...a ona przecież siedzi w pokoju obok!!! Trochę groteskowa sytuacja...:|
Ech...no fajnie...niech kobieta idzie z postępem czasu...niech się uczy...zastanawiam się tylko co będzie dalej?? Może bloga będzie chciała prowadzić?? na szczęście chyba nie ma zielonego pojęcia o istnieniu takowego przybytku... może...eee wolę się nie myśleć o tym...
I niech ktoś mi powie, że starsze osoby (tak, tak nie ma co się oburzać...moja mama jest już starszą kobietą...ale dobrze się trzyma:P)nie idą z duchem czasu...są zacofane...
p.s. postanowiłam sobie wczoraj, że o komputerach nie będę już pisać...ale skoro już zaczęłam to napiszę jeszcze jedno...mój pan informatyk jak ostatnio robił mi formata, podzielił mi dysk...tylko zapomniał tego drugiego dysku wgrać (czy co tam się z nim robi) i mnie o tym poinformować...więc wczoraj miałam ogromnego zonka jak odkryłam, że nie mam połowy pamięci!! Już układałam spiskową teorię dziejów, że najpierw sprzedał mi laptopa za kupę kasy, potem zrobił coś żebym musiała po jakimś czasie do niego przyjść, a on pozamieniał mi części na tańsze i myślał, że się nie połapie...o nie, nie imbecylus komputerus jestem ale nie aż tak...:)
i teraz nie wiem co gorsze to jego wczorajsze "ups, podzieliłem dysk ale zapomniałem go wgrać" czy ten mój spisek??
ciekawe co będzie jak ja do niego pójdę i powiem mu "ups, wiem, że tak nie można ale zapomnę się pohamować i zdzielę pana przez pysk..."??
jakieś słówko?? (4)
18 sierpnia 2005 17.37 ciekawe jak plotki czasem są dziwne, bezsensowne, nierealne...bo to, że są wyssane z palca to wiadomo, inaczej nie byłyby plotkami...
i jak też mogą człowieka wkurzyć, zirytować, rozbawić, czasem ucieszyć...
tylko że czasem plotki są tak...denne...bezsensowne, że aż człowiek dziwi się jak ktoś, coś takiego mógł wymyślić...jak ktoś inny mógł coś takiego powtarzać...przecież to jest tak absurdalne, że aż śmieszne...
a szczególnie jak ludzie, nie mają swojego życia, przesiadują całe życie na ławkach/klatkach/w parkach/tudzież wszędzie tam gdzie się zbierają, żerują na cudzym nieszczęściu...wymyślają niestworzone historie, które nie trzymają się ani kupy, ani d..y...jak im się nudzi to niech sobie znajdą jakiś sposób na życie...jakieś zajęcie...
bo jakby ktoś się nie zorientował jeszcze to ja jestem w Kanadzie... a mój brat jest u mnie...tylko cholera jakoś znajomo w tej Kanadzie...a mojego brata tu nie ma...niestety..:(
jakieś słówko?? (3)
19 sierpnia 2005 12.39 OSTRZEŻENIE
Dziś na moich drzwiach wisi kartka:
Uwaga!! Zła Dorota!! Może pogryźć!! Drapać zdecydowanie nie będzie!! Szczepienia nie są wymagane!!! Wchodzisz na własną odpowiedzialność!! Jak wejdziesz nie żądaj przeprosin!! Zawsze możesz poczekać kilka dni aż minie!! Jak umiesz pomóc nie zastanawiaj sie i wchodź!!! Byle pomoc była skuteczna!!!
W te dni żałuję, że jestem kobietą...
jakieś słówko?? (12)
20 sierpnia 2005 00.12 Książe...księżniczka...dwa słowa z bajki...z bardzo dawnych czasów...a tak wiele znaczą w życiu każdego człowieka...a szczególnie w życiu dziewczynek...dziewczyn...kobiet...
Każda czeka na swojego księcia...być może niektóre nazywają Go inaczej...ale nie ma chyba ani jednej kobiety, która choćby raz nie marzyła o Nim...może tylko jak była małą dziewczynką i ktoś czytał jej bajkę o Kopciuszku, o śpiącej Królewnie czy o 7 krasnoludkach...wyobrażała sobie, że kiedyś, któregoś dnia taki właśnie książe przyjedzie na białym rumaku (ciekawe czemu właśnie na białym??) zapuka do jej drzwi...do jej serca...
a może marzyła o Nim dopiero jako nastolatka...może dopiero jako dorosła, dojrzała kobieta...
I każda choć raz w życiu chciała zostać księżniczką - piękną...pożądaną...bogatą...
dlatego też każdy bez różnicy czy o tym marzył czy nie, powinien poczuć się księciem lub księżniczką...choć raz...choć przez chwilę
ciekawe jak bajki wpływają na nasze życie...niby dziecinne...nierealne...ale ja je lubię...i właśnie postanowiłam odkopać Baśnie Braci Grimm i zaczytać się w nich jak kiedyś...:)
jakieś słówko?? (6)
20 sierpnia 2005 15.58 Przeglądałam sobie dziś blogi różne i jedna rzecz uderzyła mnie bardzo...przeraziła mnie liczba blogów dziewczyn niezadowolonych ze swojego wyglądu...blogów na których tematem nr 1, a często nawet jedynym jest dieta, odchudzanie...
i na większości dziewczyny piszą, że mają 170cm i ważą az 60 kg...a żadna ( z tych które znalazłam) nie pomyślą o zmierzeniu się...przecież nie sama waga jest istotna...zresztą co ja gadam, waga dopóki nie przekracza jakiejś sporej liczby nie jest wcale istotna...wśród żadnej odchudzającej nie widziałam nikogo kto naprawdę musiałby to robić...i najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że te, które mogłyby schudnąć bo mają z czego, nie robią tego bo siebie akceptują...lubią...nie przeszkadza im to...
przecież bezsensu jest stwierdzanie, że jak człowiek nie waży 45kg to jest nieszczęśliwy...jeśli ktoś tak uważa niech lepiej przewartościuje swoje podejście do życia...może mam (na pewno już mam) do tego psychologiczne podejście i wiem co się kryje za takimi chorobami jak anoreksja czy bulimia...ale nie mniej przeraża mnie to, jak wiele osób niszczy siebie, swoje ciało...odróżnijmy jeszcze odchudzanie od odchudzania...owszem raz na jakiś czas dieta nie jest zła a nawet wskazana...ale kompulsywne odchudzanie?? Straszne jest też to, że są to naprawdę mądre, inteligentne dziewczyny...a robią sobie taką krzywdę...
dziewczyny zastanówcie się co ze sobą robicie..do jakiego stanu chcecie się doprowadzić...?? Ja miałam zajęcia w szpitalu psychiatrycznym (tak, tak, nie ma co się dziwić - to jest choroba i to nie ciała a umysłu i jest leczona właśnie na takich oddziałach) i widziałam dziewczyny, które tam były...opowiadały co robiły...to było straszne i okropne...i one same o tym wiedziały ale przyznać się do tego potrafiły dopiero w trakcie terapii...nie dopuśćcie do tego...chyba nie chcecie wylądować na minimum 6 tyg na oddziale psychiatrycznym gdzie nie będzie mógł do Was nikt, absolutnie nikt odwiedzić, gdzie zawsze ktoś będzie z Wami chodził do toalety, pod prysznic i wszędzie tam, gdzie się ruszycie, a na takim oddziale nie jest za wiele gdzie się poruszać...
choć jak traficie tam to i tak będziecie mieć szczęście...nie każdego da się uratować, nie każdy zdąży poddać się leczeniu, nie każdego da się wyleczyć...
wiem, że możecie pomyśleć, że pierdziele głupoty, że nie wiem co czujecie i jak to jest...fakt, nie wiem...ale zastanówcie się poważnie nad tym czy warto jest to robić dalej?? czy to naprawdę się opłaca?? co zyskacie przez to??
jakieś słówko?? (8)
21 sierpnia 2005 22.52 Czegokolwiek by się nie mówiło...jakkolwiek by się nie czuło...czegokolwiek nie myślało...słyszało...jakkolwiek czasem by nie było...to...
życie jest piękne!!!
czasem tylko nie każdy jest w stanie to poczuć więc
poczujcie to wszyscy:)
p.s. dziś taka optymistyczna notka:))
jakieś słówko?? (5)
23 sierpnia 2005 12.31 Nie napisałam nic wczoraj bo ta notka byłaby totalnym zaprzeczeniem tej o pięknym życiu...miałam fatalny humor oczywiście spowodowany wybrykami M., który tak mnie wkurzył, że przestałam się cieszyć z innych spraw...
Ale mam Kaśkę, na którą wiem, że zawsze mogę liczyć...poszłyśmy więc sobie wieczorkiem gdzieś, gdzie bardzo dawno nas nie było - na nasze miejsce w lasku...kupiłyśmy sobie piwko, fajki oraz inne niezbędne rzeczy i poszłyśmy się leczyć...wzięłyśmy też mój nowy aparat (z którego nie zdążyłam się nacieszyć przez M.) i zrobiłyśmy sobie sporą sesje zdjęciową, która zakończyła się zadrapanym okiem, podrapanymi rękoma i innymi częściami ciała, połamanymi i tak już krótkimi pazokciami...ale tak to jest jak stare krowy (sorki Kacha:P) zaczynają włazić na drzewa i chować się po krzakach...:)
Humorki wróciły do normy, a nawet znacznie ją przewyższały szczególnie jak zaczęłśmy wspominać nasze pamiętne wakacje Władysławowo'99 :))))) super było:)
Potem wróciłam do domku, pogadałam chwilę z Piotrusiem:) i już w ogóle wszystko było jak najbardziej w należytym porządku...:)
I takim oto cudem, dzięki tym dwóm osobom (dzięuje Wam bardzo i kocham Was za to:D), akcja reanimacyjna mojego humoru zakończyła się pełnym sukcesem:) Pomimo że z M. jeszcze nic nie jest wyjaśnione, nie wiem kiedy będzie i jak, jest mi dobrze...i dzisiejszy dzień też zapowiada się fajnie, całkowicie w babskim gronie...czyli pomimo niesprzyjającej sytuacji...życie nadal jest piękne:) choć wczoraj po południu wcale tak nie myślałam...i zabiłabym wszystkich, którzy powiedzieliby mi coś takiego...
ale ja jednak mądra dziewczynka jestem i miałam racje z poprzednią notka :D
jakieś słówko?? (10)
24 sierpnia 2005 13.57 Ja ostatnio to jednak myślę, że ktoś podrzuca mi coś do porannej kawy czy do jedzonka...pomimo zaistniałej sytuacji mam bardzo dobry humor...teraz podejrzewam, że nic nie jest w stanie go zepsuć (głowy jednak za to nie dam sobie uciąć więc proszę nawet nie próbować udowadniać mi, że nie ma humoru, którego nie można popsuć:P)
Ile można być takim hiperpozytywnym?? A może to nie jest wina żadnych prochów podrzucanych mi bezczelnie z ukrycia, tylko ja mam jakąś psychozę maniakalną?? Maniakalno-depresyjna odpada bo depresji u mnie zdecydowanie brak...:)
A'propos chorób to brakuje mi już trochę tych moich studiów...bardzo je lubię, podobają mi się, fascynują mnie i pociągają...studiować mogłabym jeszcze kupę lat...tylko żeby bliżej było, bo już znudziły mi się te podróże do Gdańska i spowrotem...męczące to jest i strasznie bezproduktywne...
wyliczyłam sobie kiedyś, że jeżdżąc tak przez 5 lat, zrobię tyle kilometrów, że starczyłoby mi na okrążenie Ziemi. Poza tym na bilety wydam ok 10 tyś złotych (ile ja rzeczy mogłabym kupić za te pieniądze...ech...) i w pociągu spędzę równiutkie 2 tygodnie...14 dni...336 godzin wyciętych z życiorysu...
Oczywiście wyliczyłam to jadąc pociągiem ;p
Czasem jest fajnie, jak jedzie ktoś znajomy...jak się jedzie samemu jest już gorzej...nie zawsze z każdym współpasażerem da się pogadać...z niektórymi nie chce się rozmawiać, a oni nie zwracają na to uwagi...nauczyłam się też już dość dawno temu, na pytanie o studia odpowiadać: matematyka :) psychologia jest za bardzo interesująca dla innych i potem już jest rozmowa tylko i wyłącznie na jeden temat, ludzie zaczynają się żalić, opowiadać o sobie (tzn nie o sobie tylko najczęściej o koleżankach, kolegach itp), oczekiwać nie wiadomo jakiego cudu ode mnie i rozwiązania ich problemu o którym opowiadają strasznie enigmatycznie, powierzchownie...zresztą dlaczego mam słuchać problemów obcych ludzi?? po 1. nie jestem jeszcze psychologiem, po 2. nie płacą mi za to, po 3. mogę w tym czasie porozmawiać z nimi na inne tematy, poczytać gazetę, posłuchać muzyki...poza tym irytują mnie bardzo stwierdzenia pt. "to ja już nie będę z panią rozmawiać bo pani za dużo o mnie się dowie" albo "to co pani może już o mnie powiedzieć?" - a co ja wróżka jestem czy jakis jasnowidz?? po dwóch zdaniach mam ludziom opinię psychologiczną wystawiać, ich profil im nakreślać?? no litości!!
a jak słyszą matematykę to nawet nie pytają na którym roku ani nic tylko zaczynają gadać na inne ciekawsze tematy:) zastanawiam się tylko co będzie jak trafię na jakiegoś zapalonego matematyka...co wtedy?? ale na razie mam szczęście i jeszcze taki mi się nie trafił :D i oby przez ten najbliższy rok tak już zostało...:)
Mimo wszystko jeżdżenie pociągami jest fajne..ale jak się jeździ raz na rok, na wakacje, a nie pokonuje tą samą trasę 2 razy w tyg., zna się na pamięć wszystkie stacje i wyrwana ze snu wyjrzę za okno zobaczę domu, las czy drogę i wiem gdzie jestem...
tak więc na podyplomowe idę gdzieś bliżej...chociaż bliżej o te pół godzinki, w końcu co 3,5 godziny to nie 4...zawsze coś:)) i wtedy będzie raz na 2 tyg więc rzadziej...ale doktorat i tak zapewne będę w Gdańsku robić więc znowu 4 lata podróży mnie czeka...
PKP powinno mi dać kartę stałego klienta, jakiś upust, co 10 bilet gratis albo innego typu rabat...w końcu dorabiam ich i to całkiem nieźle...
Może zna ktoś z Was kogoś z tej szacownej instytucji państwowej i może mu powiedzieć że istnieje ktoś taki jak ja?? Byłabym ogromnie wdzięczna:)
jakieś słówko?? (7)
25 sierpnia 2005 09.01 Moja koleżanka została postawiona w sytuacji dla mnie bardzo dziwnej...jej facet zastanawiał się nad wstąpieniem do seminarium duchowego...jak o tym usłyszałam, mówiąc szczerze popadłam w totalny szok. Nie jestem osobą bardzo religijną, do kościoła chodzę tylko przy okazji jakichś ślubów, pogrzebów, chrztów itp. Poza tym regularnie jedynie chodzę w wielkanoc jajka poświęcić, ale to pewnie dlatego, że od kilkunastu lat spotykamy się wszyscy (znajomi z bloku i okolic) i idziemy razem...teraz to jest nieliczna okazja żeby spotkać się wszyscy razem tak jak kiedyś:)
ale wracając do tematu...więc nie jestem osobą religijną i chyba jednak ja osobiście wolałabym żeby mój facet odszedł do innej niż do Boga...hmmm...jeśli jednak zdecydowałby się na to seminarium, ja uznałabym to za policzek...czyli było mu ze mną aż tak źle, tak zniechęciłam go do innych kobiet, że zdecydował się na taki krok?? Może też sprawa wyglądałaby inaczej gdyby kiedyś, coś, komuś mówił...ale jakby tak sobie nagle, ni z tego, ni z owego wyskoczył z takim pomysłem nie zdradzacjąc wcześniej żadnych oznak nawet, że zastanawia się nad tym?? Niee, nie wyobrażam sobie nawet tego...ja zaniemówiłam na kilka chwil jak się dowiedziałam od Niej (a o zaniemówienie u mnie naprawdę ciężko przy moim gadaniu:P)więc co by było jakbym się dowiedziała, że M. się nad tym zastanawia??
Na szczęście wiem, że ta opcja jest raczej w 100% wykluczona...ale jakby jakimś cudem się zdarzyła...chyba nie umiałabym być już z nim, nie zniosłabym, że być może on bardziej myśli o Bogu niż o mnie...i nigdy nie byłabym pewna, że nie nadejdzie kiedyś taki dzień, kiedy on mi powie, że jednak się zdecydował...
U moich znajomych wszystko się wyjaśniło, on zrezygnował z tego pomysłu, ona jest zadowolona i wszystko jest ok...
a pomimo to ta sprawa nie daje mi spokoju...
jakieś słówko?? (6)
25 sierpnia 2005 15.41 Wracając do poprzedniej notki...
ja też kiedyś, jeszcze na początku podstawówki miałam bardzo sprecyzowany plan na życie...zakładałam, że jeśli w momencie zdania matury (jakoś nigdy nie było innej możliwości i nawet za małolata nie widziałam żadnej innej możliwości, matura była dla mnie tak samo oczywista jak kolejne urodziny:P), nie będę miała męża i dzieci (kiedyś 18 lat to już starość była, a jak starość to czemu bez męża i dzieci??:D) to stanę na najbardziej ruchliwym skrzyżowaniu w mieście, najlepiej przy jakiejś krajowej trasie i będę tam stała, aż do momentu kiedy przejeżdżać będzie nią czerwone Porsche, wtedy się pod nie rzucęa co, już za młodu byłam cwana - jak umierać to efektownie:P...a jeśli przez roku Porsche się nie zjawi to idę do zakonu...dokładnie do Karmelitanek Bosych (nie wiem skąd mi się akurat ten zakon wziął, może dlatego, że z tego co się orientuje to on jest jednym z najbardziej restrykcyjnych, ortodoksyjnych czy jak to tam się po kościelnemu nazywa...a może dlatego, że niedaleko nas właśnie taki jest??)
Ale ponieważ czerwone Porsche przejeżdżające przez nasze skrzyżowanie było mało prawdopodobne...sprawę tym bardziej utrudniał fakt, że nie miałam pojęcia jak takie Porsche wygląda, więc nawet jakby jechało to mogłabym nie wiedziec, że to właśnie pod taki samochód mam zamiar się rzucić...więc w moich planach jednak bardziej był uwzględniony zakon:)
Chyba każdy człowiek miał w życiu moment, że pomyślał choć chwilkę nad takim wyborem...jednak większość na tej chwilce przestało...a jeśli nie, to w jakiś sposób można było poznać ich plany,po zachowaniu, po postawie do życia i świata, rozmawiało się na ten temat...mój kolega z liceum np. złożył ślubowanie na bierzmowaniu o dotrwaniu do pełnoletności bez alkoholu i wytrwał, był religijny, nie ukrywał się z tym ani też nie obnosił ale emanował od niego taki spokój...nie wiem nie umiem tego nazwać ale wyglądało to tak, że w jakiś sposób przygotowywał siebie i innych na taką decyzję. Więc kiedy po maturze dowiedzieliśmy się, że wybrał zakon i to jeszcze gdzieś na Słowacji po krótkim szoku (nigdy nie przestanie mnie dziwić, jak tak młodzi ludzie mogą skazywać się na samotne życie) nikt tak naprawdę się nie dziwił...można było to przewidzieć (choć nie przewidzieliśmy, że po 2 latach zrezygnuje, a po jeszcze jednym będzie miał żonę:)
Tak więc powtórze jeszcze raz - nie wyobrażam sobie sytuacji, kiedy mój facet mówi mi nagle, że zostawia mnie bo wybrał Boga...
--------------------------------------------------
tak wiem nie na temat ale zrobiłam coś ładnego i chciałabym się pochwalić...mam nadzieję, że będzie się otwierało:) moje dzieło (tzn nie moje tylko programu ale ja mu pomagałam;P)

jakieś słówko?? (3)
25 sierpnia 2005 21.53 Wrrrrr....ciągle nie mamy ciepłej wody...i to już 5 dzień...ja wiem, że na karteczce informacyjnej napisali, że 20 - 26 sierpień nie będzie tej wody ale zawsze puszczali ją wcześniej...i z reguły w przedostatni dzień terminu...a u nas ciągle jej brak...choć dziś pzredostatni dzień...:(
Już doszłam do wprawy przy kąpieli w 10 litrach przegotowanej wody ale ile można??? Tak, tak wiem, na obozie kąpałyśmy się w umywalce (dziwne, szokujące ale prawdziwe:P) ale w końcu dom to dom...wanna to wanna a gorąca woda to gorąca woda...:/
I jakoś ciągle mi wesoło...nie zmieniło się nic w tym temacie...człowiek to jednak niezbyt inteligentne stworzenie...jak mu źle to jest źle...jak dobrze to dopatruje się choroby psychicznej u siebie - czyli też źle...a może to nie człowiek tylko świat nas tak nauczył???
p.s. jakaś bez ładu i składu ta notka...ale czasem tak powinno być:P
p.s.2. jeszcze jedno zdjątko:P

jakieś słówko?? (7)
26 sierpnia 2005 15.49 Przeglądając dzisiejszą prasę natknęłam się na to
"Diagnoza polskich bezrobotnych 2005:
Wśród polskich bezrobotnych są ludzie cywilizacyjnie opóźnieni: nie mają prawa jazdy, telefonu komórkowego, nie mają przyjaciół, dużo piją.
no i wygląda na to, że za rok nie będę typowym bezrobotnym...prawo jazdy mam (co z tego, że ponad dwa lata nie siedziałam za kółkiem, nie pamiętam już który pedał jest od czego i gdyby nie rysunki na drążku skrzyni biegów to nie pamiętałabym gdzie jest jaki:P)telefon też mam, przyjaciół...nie mam przyjaciół bo nie używam tego słowa, ale kilka osób jest, za dużo też chyba nie pije (bo tak naprawdę nie wiem ile to jest wg autora dużo - jedno dziennie codziennie to już dużo czy 5 na raz, raz w tygodniu - co i tak w gruncie rzeczy wychodzi mniej niż jedno dziennie codziennie....)
nie rozumiem tylko czemu brak telefonu i prawa jazdy jest już zacofaniem cywilizacyjnym...?? Może po prostu tego nie mają bo ich na to nie stać, w końcu są bez pracy nie mają więc zapewne im się nie przelewa... a przyjaciół nie mają bo np są nieśmiali albo się wstydzą swojej sytuacji, albo może inni pracujący nie chcą się z nimi przyjaźnić, albo....etc..
a zresztą...czepiam się...wiem...ale mam taki dzień...ja najwyżej jak nie będę miała pracy to pójdę do tesco na kasę...i co z tego, że mam dyskalkulię...tam i tak kasa liczy za Ciebie, trzeba tylko przejechać nad czytnikiem...
bleble ble...
p.s. jak nie dostanę pracy na kasie to będę walić głową w taki mur...

jakieś słówko?? (10)
26 sierpnia 2005 22.35 Ile może trwać miłość??
Czy potem jej miejsca nie zajmuje przywiązanie, jakaś stabilizacja??
A może strach przed byciem samemu, samotnym??
Po czym poznać, że ta osoba z którą się jest, jest tą właściwą??
I skąd wiedzieć, że to, co jest, jest tylko kolejnym kryzysem w związku, być może umacniającym go, a skąd, że to może już jest końcówka, dogorywanie a to co się dzieje jest jakimś znakiem o tym??
Mam tyle pytań, a nie umiem sobie na nie odpowiedzieć...
dzisiejszy wieczór sponsoruje mina...

jakieś słówko?? (1)
27 sierpnia 2005 12.25 tak...naprawdę to robię...dokładnie w tym momencie...tzn w tym momencie zrobiłam sobie malutką przerwę...ale poza nią robie to!!! serio!!! niewiarygodne ale prawdziwe...
właśnie siedzę nad swoją pracą magisterską:))))
tzn nie tyle, że ją piszę, bo żeby pisać to muszę iść do biblioteki oddać jedne książki i wypożyczyć inne...a nie pójdę zanim Kacha nie wróci i nie pójdzie ze mną...i nie odda ich za mnie...bo mam karę do zapłacenia (wstyd, wiem...:|) i jak pójdzie ona i powie, że ona to nie ja, to panie nie będą na nią krzywo patrzeć:)
więc nie tyle, że ją piszę co zajełam się badaniami..trochę wypełnionych mi się uzbierało więc siedzę i przeliczam je...
i w tym momencie żałuję, że wymyśliłam sobie badanka na 10 stron!!! ile to się przelicza...ech ale Dora Dorze zgotowała taki los...:)
tylko zastanawiam się skąd ja jeszcze wezmę ludzi spełniających moje warunki, którzy zgodzą się pomóc nauce i rozwiązać mi teściki??
-------------------------------
dopisane 13.03
badam związki partnerskie i małżeńskie - ich system wartości i jakość życia - a potrzebuje albo małżeństw (do ok.35 r.ż.) albo związków partnerskich (wiek 20-35 lat z min.rocznym stażem)
aha i każdy z partnerów wypełnia własny test...:) no i to mniej więcej tyle...:)
jakieś słówko?? (6)
29 sierpnia 2005 00.13 Zwaliło mi się zdecydowanie za dużo problemów jak na moją głowę...one są za dużego kalibru...a moja głowa zdecydowanie za mała jak na nie...a ja okazałam się strasznie słaba...choć zawsze myślałam, że jestem silna, nawet bardzo...a tu dupa...jednak zawsze przekonujemy się o tym w najmniej odpowiedznim momencie...w momencie starcia z problemami...ja niestety swój egzamin oblałam...
jakieś słówko?? (7)
30 sierpnia 2005 10.27 Najważniejszy test w moimi życiu skończył się wynikiem negatywnym...a ja z tego cieszę się jak cholera:))
Powoli, powolutku, zaczynam radzić sobie z problemami, do końca jeszcze długa droga, ale już bardziej optymistycznie patrzę na to, co ma być...z problemów, pomalutku powietrze ucieka taką maleńską dziurką, niezauważalnie wręcz (ale zawsze), tak, że zmniejszają swoje gabaryty przez co robią się chyba mniej straszne...
Mam nadzieję, że już niedługo wszystko wróci do normy...a ja znów będę mogła się bezstrosko uśmiechać:)
p.s. dziękuje wszystkim za dobre słowo...jestem bardzo wdzięczna i robiło mi się dużo lepiej kiedy czytałam że wszyscy we mnie wierzycie...(choć może nie do końca się ze wszystkimi zrozumieliśmy...ale to nieważne:P)
jakieś słówko?? (8)
31 sierpnia 2005 16.46 Dzień dobry, mój kochany.
Znajdź trochę czasu na to, by być szczęśliwym!
Jesteś cudem, który żyje,
Który rzeczywiście istnieje na ziemi.
Jesteś kimś jedynym, niepowtarzalnym,
nie można cię z nikim pomylić.
Czy wiesz o tym?
Dlaczego się nie zdumiewasz,
nie podziwiasz,
nie cieszysz się swym istnieniem
i istnieniem innych wokół ciebie?
Czy to tak oczywiste,
czy to nic nadzwyczajnego,
że żyjesz,
że możesz żyć,
że dano ci czas,
abyś śpiewał i tańczył,
czas, abyś był szczęśliwy? (...)
Phil Bosmans: Nie zapomnij o radości.
od dziś postanowiłam kierować się w życiu tylko i wyłącznie psychologią pozytywną...wzmacniać swoje pozytywne nastawienie a wygaszać negatywne...i od dziś co rano stojąc przed lustrem będę sobie powtarzać te słowa...:) i wydrukuje je sobie i powieszę gdzieś w widocznym miejscu...no...znając życie to uda mi się stosować to tylko do momentu kolejnego problemu...te, które mam już jakoś oswoiłam, przez co nie są już takie straszne, choć jak to problem, posiadanie go, nie należy do przyjemności...
Tylko czemu problemy, które kiedyś nas tak bardzo przerażały, dziś wydają nam się śmieszne i malutkie?? Czy to znaczy, że za kilka(naście/dziesiąt) lat nasze problemy będą tak ogromne, że nawet w tym momencie nie umiemy sobie ich wyobrazić?? A te, które dziś nad przeażają będą nas śmieszyć?? Ja wiem, że człowiek jest z wiekiem mądrzejszy (bynajmniej powinien być) i silniejszy ale w takim razie ja nie chcę już być dorosła, chce być znowu dzieckiem i mieć dziecinne problemy...
czy ktoś wie, gdzie mogłabym się zgłosić i poprosić żeby tak było??
jakieś słówko?? (3)
|