Przeczytałam przed chwilą notkę Butcha i wywołała ona moje wspomnienia...wspomnienia na temat wyjazdu na studia...
Ech..to już było tak dawno, że aż prawie nieprawda:P
Jak ja się stresowałam, jak ja się bałam, panicznie się bałam...wiadomo, złożyło się na to mnóstwo czynników m.in.
- obce miasto - daleko od mojego kochanego Włocławka ( i szczerze mówiąc, dopiero wtedy zaczęłam tak o nim myśleć), przedtem byłam kilka razy w Gdańsku ale zawsze na jakiejś wycieczce...a teraz?? sama, w wielkim mieście, bez nikogo znajomego (tzn było parę osób ale każdy na innej uczelni, innym wydziale, gdzie indziej mieszkający), no i co najgorsze mam przeokropną wręcz orientacje w terenie (czyt. ABSOLUTNIE ŻADNĄ) i mam tego świadomość, potrafię się zgubić zawsze i wszędzie (nawet wychodząc ze sklepu mam już problem skąd przyszłam i w którą stronę idę)
- sama, całkowicie sama - bez mamy, taty i sama musiałam sobie ze wszystkim radzić. Problemem było np. gotowanie - nic nie umiałam ugotować - nawet ziemniaki zawsze przypalałam...(teraz już jest trochę lepiej - do jajecznicy w repertuarze moich zdolności kulinarnych dołączyło jeszcze spaghetti, grzanki i tego typu skomplikowane potrawy:P) choć największym bólem i najbardziej roztrząsanym problemem był papier toaletowy i codzienne pieczywo :) co się spotkałyśmy z Kachą ( a widywałyśmy sie przynajmniej raz dziennie) to płakałyśmy,co tam, my ryczałyśmy jak głupie zastanawiając sie kiedy kupować chleb czy rano przed zajęciami, czy może wracając z nich...a kto przypomni o kupnie papieru albo jakiegoś mleczka do mycia zlewu...itd
- obcy ludzie na roku - nikogo nie znałam, obawiałam się, że być może ludzie z roku nie podzielą opinii moich dotychczasowych znajomych na mój temat, nie polubimy sie z nikim, nigdy nie wiadomo jak to będzie, zawsze można mieć pecha...
- bez Marcina - to były dopiero początki naszej znajomości więc martwiłam się jak to będzie, szczególnie, że starsi znajomi powtarzali, że taki związek nie ma szans na przetrwanie, że mam popatrzeć na nich, są najlepszym przykładem na to (i właśnie mi się przypomniało, że wygrałam na ten temat zakład z jednym z nich i nadal wisi mi pól litra:])
- i wiele, wiele innych o których w tym momecie nie pamiętam już...ale momentami było tak ciężko, że miałam ochotę zrezygnować, załapać się na naszej uczelni byle tylko nie wyjeżdżać..
ale wtedy odzywała się we mnie chęc wyjazdu, usamodzielnienia sie (no powiedzmy...za pieniążki rodziców:P), wyrwania spod skrzydeł rodziców, dorośnięcia, poznania nowych ludzi i tego wszystkiego czego nie miałabym okazji doświadczyć jakbym została...
więc pojechałam, przeżyłam (choć na początku było strasznie ciężko), szybko zmieniłam mieszkanie, poznałam mnóstwo świetnych ludzi... i właśnie zacznie mi się kolejny, już ostatni rok...i zaczynam się martwić już co będzie jak wrócę, jak już skończe...co będzie wtedy..??
tak więc wszyscy nowi studenci...nie ma się co martwić!! na pewno się ułoży i będze świetnie:) i kiedyś będzieci się śmiali ze swoich obaw tak, jak ja się teraz śmieje:))
08.09.2005 :: 10:12 :: 212.191.170.237
zazdrosne-serce
ja co prawda zostaję w swoim miescie, ale na wydziale nie znam nikogo (póki co, poza moim K.)... :o trochę się boję
07.09.2005 :: 12:39 :: 83.17.37.210
dida
mam taka nadzieje, ze bede sie z tego wszystkiego smiala, bo poki co, to wszystko mnie przeraza =]
07.09.2005 :: 11:44 :: 83.31.32.177
Snaefridur
Wiem,mam przedsmak tego co mnie czeka,ale do liceum chodziłam w małym miasteczku.Warszawa to już zupełnie inna histroria,ale wiem ,ze byłoby mi znacznie ciężej ,gdyby nie te 3 lata stancji.W każdym razie staram się wprowadziić w nastrój "radosnego oczekiwania" ;).
07.09.2005 :: 10:26 :: 83.31.98.112
Snaefridur
Dziekuję,dziękuję :).Gdy za czasów licealnych (które sielanką i idyllą jawią się teraz)mieszkałam z moimi kolezankami na stancji,kłóciłyśmy się głównie o to,to kupuje papier toaletowy i płyn do mycia naczyń.I o sprzątanie.Wyznaczyłyśmy dużury,ale szybko się w tym pogubiłyśmy.Nie wiadziałyśmy czyja kolej i w efekcie najczęściej nie sprzatał nikt.
06.09.2005 :: 22:02 :: 81.219.113.116
silence
Dora dziekuje... fajna "kumpela" z Ciebie:) a co do notki... do odwaznych swiat nalezy... pojechalas.. przezylas... i kiedys bedziesz to milo wspominac:))
06.09.2005 :: 18:12 :: 195.82.184.11
river
oki więc ja też się śmieję, co prawda Gliwice będą moim miastem studenckim przez weekend, niemniej się boję jak sobie dam rade pogodzić prace z nauka- chyba będę wstrzykiwac sobie kofeinę dożylnie, by nie usnąć przebierając dzieci :D
06.09.2005 :: 14:33 :: 217.97.1.148
Kattie
Snaefridur - bedzie dobrze , pozwol tylko ludziom do siebei dotrzec, ja 4 lata temu tez zaczynalam wlake o przetrwanie w Wawie i jakos sobie poradzilam , wiec czemu Tobei mialoby sie nie udac :D
a co do tego chleba - to chyba bedzie juz kultowa opowiesc sprzedawana naszyym ( przeprazam tzn moim :p ) wnukom :D
06.09.2005 :: 14:29 :: 80.55.137.162
multita
hehe... ja zawsze chciałam wyjechać gdzieś na studia... ale neistety nie stac mnie na to. no i dojeżdzam autobusikiem. ale w sumei nei jest źle. hehe... zwłaszcza jeśli chodzi o gotowanie:P bo ja mam dwie lewe ręce w kuchni.. i zero orientacji w terenie:P
06.09.2005 :: 14:29 :: 80.53.14.100
nati_s
aaa ja dopiero zaczynam ogólniak, ale jest cięzko. nie ma moich kochanych koleżanek. nauczyciele też jacyś dziwni. a co mówić jak pojde na studia[jeśli się na jakies dostane;(] ehh boję się
06.09.2005 :: 14:13 :: 83.16.210.218
butch
Ja tam takich rozterek nie mam, jeszcze... Ale płakac nie będę! :P A Poznań rzeczywiście fajny jest... :P
06.09.2005 :: 14:07 :: 83.31.35.160
snaefridur
Ja za niecały miesiąc wyprowadzam się do Warszawy i będę walczyła o przetrwanie na WPiA UW.
I nie znam tam kompletnie nikogo,jakie że moje niedoszłe współlokatorki zostawiły mnie na lodzie.A trzeba dodac,że jestem strasznie nieśmiała i poznawanie nowych ludzi to coś,co mnie przerasta.Chyba muszę zaopatrzyć się w kota.
Są tylko dwa wyjścia.Albo zginę marnie,albo się życia nauczę.Pierwsza bardziej prawdopodobna.