psychotic, neurotic... but symphatic :))
- homo studentus:P
Dida
- jej najgłębsze zakamarki duszy
Inspiracja
- inspirujący dzień i czas:)
Kacha
- myśli nieukryte
Outsiderka - crazy outsiders
Pytanie dnia
- kobieta z
mózgiem, która nie waha się go używać :)
Snaefridur
- znowu jest z czego
bardzo się cieszę:)))
Tu mieszkam, uczę się i żyje:
włocławek - moje miasto
uniwerek - edukował
Gdańsk - jak się edukowałam to tu
pomieszkiwałam
CieCiorka - jak się nie
edukowałam to tu się produkowałam
KNPSiP - Koło Naukowe
Psychologii Sądowej i Penitencjarnej - stronka już się zbudowała - zapraszam wszystkich do zapoznania się z nią
Bywam jeszcze tu:
grono - tłumaczyć nie trzeba
griddlers - liczbami
malowane
wytwory - lekarz maluje
Anne Geddes - zdjęcia
maluszków:))
Pomagam:
nakarm dziecko
na polskie serducho
Dodaj do ulubionych
Layout by Kattie&Dora
6 listopada 2005 14.46 oj daaawno mnie nie było...niestety natłok pracy mnie przygniótł...ale już pędzę w skrócie nadrobić zaległości a więc:
po pierwsze primo: w zeszłym tygodniu przeżyłam atak na moją biedną, niewinną cnotę polityczną...i to dwukrotnie w ciągu jednego dnia!!! Najpierw w pociągu spotkałam kolegę, którego bardzo doawno nie widziałam, a jeszcze dawniej nie miałam okazji z nim zamienić więcej słów ponad zdawkowe "cześć" i "co tam?",a który zawsze był (i z całą odpowiedzialnością, przytomnością i poczytalnością mojego przemęczonego umysłu stwierdzam) i nadal jest obiektem kobiecych i dziewczęcych (choć dziewczęta zapewne uznają go za staruch bo ma już całe 26lat:P) westchnień, w tym także, swego czasu i moich:)
Wszystko to sprawiło, że bardzo ciężko było mi oprzeć się mu, aż ze zdziwieniem, że po chwili zauważyłam, że nie umiem wymyśleć żadnego sensownego argumentu na obronę swoją, swoich poglądów, no i Tuska. Natomiast, po kolejnej chwili zdziwienie moje ustąpiło miejsca zgrozie, kiedy stwierdziłam, że z ogromną rozkoszą spijam z jego ust peany głoszone na cześć pisu i innych wszelakich kaczek (choć teraz już wiem, że to była tylko i wyłącznie zasługa jego ust, a nie tego co z nich wypływało. Ale wtedy na szczęście wykorzystałam kilka zgrabnych manipulacji tak, że bardzo szybko i zgrabnie skierowałam tak myślowy mojego współtowarzysza podróży skierowałam na inne tory:)
Kolejny atak został przypuszczony na mnie w moim własnym (tzn. nie własnym, ale zamiszkanym przeze mnie już 5 rok, więc z racji zasiedzenia czasem pozwalam sobie na przymiotniki pt. "mój" i "własny") domu. Mój współlokator, który mimo wszystko (czyt. pomimo uwielbienia dla pisu) jest moim "mentorem", który na początku nieświadomie, a następnie już z pełną premedytacją, wprowadzał mnie (a przynajmniej bardzo się starał) w meandry polityki, zastosował pewien mały podstęp. Najpierw jak gdyby nigdy nic, potatusiował mnie trochę (wyjaśnię, że jest starszy ode mnie o 8 lat i jakieś 2 lata temu, postanowił się wprawiać w roli ojca dla swoich przyszłych, potencjalnych dzieci. Na szczęście robi to w tak przesympatyczny i przemiły sposób, że jestem w stanie mu to wybaczyć to wieczne "marudzenie" i usilne próby dania mi szlabanu). Kiedy już się nawychowywał mnie (a chwilę to trwało bo dawno tego nie robił)zaczęło się...dlugo się opierałam, walczyłam jak lwica, powtarzałam ciągle, że nie będę tego robić, że w żaden sposób nie zmusi mnie do tego (nie, nie...nie rozmawiamy o żadnym kazirodztwie czy innej patologii:P) W końcu dał za wygraną, zrozumiał, że nie będę z nim gadać o polityce i jak zwykle założyłam moje zwycięstwo...ale okazało się, że wygrałam tylko bitwę, a nie całą wojnę...M. stwierdził, że może to i lepiej...nie chce gadać to posłucham...no i zaczęło się umoralnianie...oszczędzę Wam tych drastycznych szczegółów i nie będę tu pisać czym byy gwałcone moje uszy, mój umysł i moja polityczna cnota. Na szczęście uartował mnie telefon kolegi, który wyciągnął M. na partyjkę brydża. A ja miałam na chwilę zastanowienia i stwierdziłam, że moja cnota jest lekko rozciągnięta, lekko naruszona ale jej konstrukcja jest nadal stabilna i niedługo powinno wszystko wrócić do normy...i zakładam, że nie zostanie nawet blizna:))
po drugie primostwierdziłam, że jestem uzależniona od telefonu...zapomniałam go do Gdańska i czułam się tam jak bez rąk i nóg...i ja kocham mój telefonik:)))
po trzecie primo miałam w sobotę świtne zajęcia z muzykoterapii...byłam sceptyczna ale babka tak nas rozkręciła, że nawet zaczęłam śpiewać a ja robię to tylko podczas obozu...i muszę przyznać, że nawet mi się podobalo choć zakładam, że innym na pewno nie:)
po czwarte primo miał być skrót, a nie jest więc już się żeganam:) dziękuję za uwagę i gratuluję wytrwałości jeśli ktoś dotarł aż do tego momentu:)
jakieś słówko?? (4)
8 listopada 2005 11.26 miałam wczoraj parę spraw na mieście i najeźdźiłam się autobusami...kiedyś strasznie to lubiłam....pamiętam jak w 1 klasie liceum z koleżankami kupiłyśmy sobie sieciówki miesięczne i codziennie po szkole jeździłyśmy sobie po mieście autobusami bez ładu i składu - czasem robiłyśmy tak, że przejeżdżałyśmy tylko jeden przystanek, wysiadałyśmy i wsiadałyśmy do innego autobusu innej linii i znowu tylko jeden przystanek...albo od pętli do pętli...albo wysiadałyśmy na przystankach gdzie był jakiś fajny koleś...itd, itd Fajnie było...I chyba do tej pory lubię autobusy (choć nie zastanawiałam się nigdy nad tym) bo jeśli na tej samej trasie jeździ autobus i tramwaj to zawsze wybieram autobus...
A w niedzielę jadę na konferencję naukową do Katowic więc spędzę duużo godzin w pociągu...na szczęście jadę z Włocławka, dosiadam się do Estery i 7 godz. podróży...ekstra...nie umiem jeździć dłużej niż 4 godz...i 3 - 4 dni tam (tak a'propos - kto zna Katowice i mógłby polecić jakieś fajne miejsca gdzie można się piwa napić albo zobaczyć coś ciekawego??) i spowrotem 8 godz. w pociągu...ech..muszę chyba na jakiś samochód uzbierać bo chyba mam już dość komunikacji publicznej:P tylko, że zanim ja na ten samochód uzbieram ew. zarobię to lata miną...i chyba jestem skazana na autobusy, pksy, pociągi itd....tyle na nie wydaję, że aż się dziwię jak słyszę, że pkp jest nierentowne...dziwne, dziwne...tyle ludzi przecież nimi jeździ...a bilety do najtańszych nie należą...a jeszcze jak mi się zniżka studencka skończy...masakra!! na szczęście jeszcze rok:)
jakieś słówko?? (7)
13 listopada 2005 12.01 Dziwne dni...dziwnie się czuję...trochę tak jakbym stała i patrzyła na wszystko co się ze mną dzieje, z boku...choć nie dzieje się nic niezwykłego ani złego...jest całkiem normalnie...chyba dlatego tak jest bo zabrałam się w końcu za pisanie pracy i jakoś ciągle myślę o niej, skupiła na sobie całą moją poznawczą uwagę, nie mogę się odciąć od niej nawet kiedy jej nie piszę...ona wyznacza moje odczucia, przeżycia...dziwne, dziwne...chyba mnie wciągnęło...mam tylko nadzieję, że jak skończę ten rozdział to już przestanę o nim myśleć...i właśnie jak tak mam, to upewniam się jeszcze bardziej, że jak juz pójdę do pracy to będę popieprzoną pracoholiczką - najlepiej się czuje, kiedy mam mnóstwo rzeczy do zrobienia w ekstremalnie krótkim czasie, mam wtedy tyle siły, tyle energii, mogę nie jeść, nie pić, nie spać a nawet nie myśleć o toalecie (bo szkoda mi czasu na głupoty)...wtedy jestem w swoim żywiole...ale ogromnym plusem zaistniałej sytuacji jest fakt, że liczę się z tym, że tak może być więc jestem świadoma zagrożeń...:)
i nie ma co narzekać...jestem mądrą dziewczynką i będę wiedziała kiedy muszę sobie odpuścić:) a teraz najważniejsze jest to, że piszę..jak już będę miała napisany rozdział empiryczny zajmę się liczeniem badań i będę miała już z głowy...nie pozostanie nic innego tylko obronić się i wracać do domu i iść do pracy:))i to mnie pociesza bardzo, baaardzo:))
z poważaniem
przyszła, potencjalna, popieprzona pracocoliczka (PPPP):P
jakieś słówko?? (5)
17 listopada 2005 11.41 konferencja, konferencja i po konferencji...jazdę po 7-8 godzin pociągiem przetrwałam, choć wczoraj w drodze powrotnej było bardzo ciężko - łapałam już takie jazdy i zaćmienia globalne mojego umysłu, że sama siebie się bałam, a dziewczyny miały bekę np. po połowie drogi zastanawiałam sie od kiedy to wywołują pasażerów po nazwisku przez głośnik nad drzwiami...potem pomyślałam (i co gorsza powiedziałam na głos), że głupia ja, oj głupia przecież to nie pasażera wywołują tylko, że konduktor zapowiadając kolejną stację chce być miły i się przedstawia...:P a to pociąg nazywał sie Stanisław Wysocki...no ale co?? moje pociągi nazywają sie po prostu "pociąg pośpieszny z A do B" ewentualnie jest jeszcze chyba jakiś "pomorzanin" czy "bachus", ale tak imię i nazwisko?? no kto to widział?? zrobili to specjalnie, żeby mnie biedną, zmęczoną dziewczynkę wprowadzić w błąd...świnie:)
W Katowicach jest...fajnie...tylko czemu w godzinach szczytu jeżdżą tramwaje tylko z JEDNYM wagonem, kiedy chętnych do przejażdżki jest tylu, że i 10 wagonów to mało...??? Nie podobało mi się też to, że nie mówią tam wcale po śląsku, mówią normalnie po polsku i nie zaciągają nawet - mówią tak samo jak my...a ja tak chciałam usłyszeć gwarę ichniejszą...:( i poza tym jest brudno (szczególnie w centrum) i szaro (poza centrum)...i ludzie strasznie się spieszą, potrącając wszystkich i nie patrząc czy podeptali kogoś czy nie, nawet w warszawie nie było tego aż tak...ale poza tym Katowice mają fajne kluby, przesympatycznych ludzi (w momencie kiedy się z nimi gada a nie mija ich na ulicy:P), jest bardzo tanio i to wszystko - ja nie pamiętam kiedy ostatni raz piłam dużego żywca za 2,99 oczywiście w lokalu?? No i chyba przede wszystkim Katowice mają jakiś swój urok, pod którym to się znajduje i przez co już je lubię...
Z dziewczynami napiszę ogólnie - co do jednych to się troszkę rozczarowałam, do innych, będąc wcześniej uprzedzona przez osoby trzecie, w 100% się przekonałam...generalnie nie było źle, choć w poniedziałek było mi dość ciężko (ten kiedy rozczarowywałam sie jedną osobą).
Jeszcze na dodatek miałam pecha - finansowego (a ten jest najgorszy z możliwych). Jakiś czas temu zostałam poinformowana, że weźmiemy kasę od uniwerku z góry, więc za nocelgi i bilety będziemy płacić od razu z kasy delegacyjnej więc ja przygotowałam się, na wzięcie tyle tylko co na żarcie i na jakieś tam swoje wydatki. Dopiero w pociągu zostałam poinformowana (no bo po co wcześniej?), że jednak osoba, która miała wziąć tą kasę. zmieniła plany i jej nie wzięła więc najpierw płacimy my z własnej kieszeni za wszystko a potem rozliczymy sie z uczelnią...Oczywiście ja nie byłam na to przygotowana a te wydatki zwracane nam wyniosły nas więcej niż ja wzięłam kasy ze sobą na te kilka dni więc już pierwszego dnia było latanie i szukanie bankomatu...ok, wypłaciłam kasy tyle akurat, że spokojnie starczyło na wszystko tylko, że ogołociłam sobie konto ale we wtorek miałam dostać stypendium więc nie ma sprawy...ale tego stypendium nie dostałam do dnia dzisiejszego (reszta dziewczyn dostała), tzn być może i dostałam, ale na drugie konto do którego nie mam tu żadnego dostępu bo będąc w domu nie doebrałam karty z banku, bo miałam jeszcze (wg pani w rektoracie) listopadowe stypendium dostać na stare konto więc po co mi były 2 karty?? A najlepsze jest to, że nie mam nawet numeru konta tego nowego więc nawet nie mam jak sprawdzić w banku czy te pieniądze faktycznie tam są i ewentualnie wypłacić sobie w kasie...nie wiem już nawet na kogo się wkurzać - na babę w rektoracie, która na moje prośby żeby jednak już listopadowe wpłynęło na nowe konto powiedziała, że absolutnie nie ma takiej możliwośći bo to procedura i musi trwać....czy na bank...czy na siebie...wiem jedno - zostałam całkowicie bez kasy, nie mam zielonego pojęcia czy w ogóle mam stypendium na koncie, i musiałam prosić mamę o pożyczkę do czasu wyjaśnienia sprawy, czego bardzo nie lubię robić...ech, ale chociaż mam za co zjeść, dojechać na zajęcia i do domu w sobotę, którego nie mogę się doczekać jak nigdy...niech już będzie sobota!!!plizz!!!
jakieś słówko?? (3)
18 listopada 2005 19.57 Puk - puk...chciałabym napisać, że MAMY W GDAŃSKU FRETKĘ!!! :)) naprawdę...taką małą cholerę co wygląda jak duży szczur z owłosionym ogonem, który lata po całym mieszkaniu, zagląda w każdą dziurę, wykopuje ziemię z doniczek, roznosi gacie i skarpetki po całej chałupie (najbardziej lubi jak są brudne:P). Zyta, bo tak się nazywa, jest fetyszystką...uwielbia buty, najlepiej jak są takie noszone cały dzień więc śmierdzące:) i kocha (ewentualnie boi bo tego nie wiemy) paluchy duże u stóp...jak sie ma skarpetkę to ok, ale jak się ma gołą stopę, rajstopy albo rajstopowe skarpetki (w sensie kiedy widzi paluch) to go gryzie:) A poza tym lubi lizać po uchu, włazić pod kołdrę, wchodzić do nogawki (w której jest noga), wskakiwać do wanny kiedy się w niej siedzi, rozbijać o szafki, wyskakiwać pod nogi w najmniej oczekiwanym momencie:)i w ogóle jest kochana i fajniutka i umieszcze jej zdjęcie ale po weekendzie bo nie mam kabla do aparatu tu...
hahaha...a poza tym cały następny tydzień mam wolny:) jupi!!! tzn wypadły mi trzy zajęcia więc zostały tylko jedne, a że za tydzień będzie jedyna wolna moja sobota to rezygnuje z tych jednych:) a potem tydzień zajęć i kolejna konferencja:)ech...życie studenckie, szczególnie w okolicy grudzień/styczeń jest fantastyczny:)tyle zajęc odpada...super:)
jakieś słówko?? (6)
22 listopada 2005 17.55 ech...żeby mi się tak chciało jak mi się nie chce...ale by było fajnie...tyle rzeczy bym zrobiła:P ale przynajmniej zajęłam się poważnym myśleniem nad prezentami gwiazdkowymi...i nawet mam pomysł, który jutro będę realizować...już wczoraj zabrałam się za to ale jednak złośliwość rzeczy martwych okazała się zbyt mocna, a moja chęć robienia czegokolwiek tak słaba, że sobie dałam spokój...na dodatek stoczyłam wczoraj ciężką walkę z moim bankiem...no i niestety będzie jeszcze stoczona trzecia bitwa, która zdecyduje o wyniku całej wojny...na razie jest 1:1...zobaczymy, zobaczymy...
I nie jadę w tym tyg. do Gdańska...a co, jak wagary to wagary:P
I nachodzą mnie jakieś durne przemyślenia...nie wiem czemu durne i tak naprawdę nie wiem czego dotyczą...bez sensu chyba sama już nie wiem co piszę:)
więc pokażę Wam Zytkę:)oto ona:)

p.s. czy ktoś może mi wyjaśnić czemu mi się tyle reklam włącza na tej stronie?? wkurzają już mnie i to bardzo... jakieś słówko?? (6)
23 listopada 2005 16.41 Wrrrr....robiłam dziś już drugie podejście do robienia prezentów dla K. i M....niestety jutro będzie podejście nr 3. Mam nadzieję, że już ostatnie - jak nie, to nie wiem co..za bardzo się napaliłam na te pomysły i już z nich nie zrezygnuje...a, że nerwów mnie to kosztowało i czasu...będzie większa radość jak się spodobają:)mam nadzieję, że się spodobają - niestety nie mogę napisać co to będzie bo jedna z w/w zainteresowanych zagląda tu czasem i mogłaby przeczytać, nie Kacha??;P
aha i chciałabym powiedzieć, że nie mogę chodzić do D. do pracy...mają tyle faaaaaaajnych i niedrogich rzeczy, że ja tam majątek zostawiam...ale oczywiście każda jest bardzo potrzebna...np kartka na chrzciny , które będą na Boże Narodzenie...ale była taka inna, handmade z płótna, jedna już tylko, no i przede wszystkim tania (w innych sklepach kosztują takie podobno ok 25zł)...tak, tak...wiem alkoholicy (i wszelcy inni -holicy) też tak mówią...że tylko jedno, że okazja, że dla towarzystwa, że tak tanio, że nie może się zmarnować itd:) ale nie jestem jeszcze gotowa na zrobienie pierwszego kroku anonimowych -holików pt. 1. Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu, że przestaliśmy kierować swoim życiem.
Ja tam się nie przyznaję...i nadal kieruje swoim życiem...tak mi się przynajmniej wydaje:) ale któż to wie...któż to wie...:P
jakieś słówko?? (7)
24 listopada 2005 15.39 Wakacyjne pomysły...kilka tygodni przygotowań...kilka wycieczek daleko w miasto...mnóstwo nerwów zszarganych...tysiąc przygotowań, milion planów, zylion prób ale... nareszcie się udało!! Mam to co zaplanowałam...choć był już dziś moment (najgorszy z możliwych) kiedy się zdenerwowałam (najbardziej deliktane słowo wybrałam choć ono wcale nie oddaje stanu moich emocji wtedy) i chciałam się poddać, zrezygnować, iść do sklepu i kupić cokolwiek bo przynajmniej by było...ale nie, nie dałam się, wiem, że trzeba być twardkim a nie miętkim i...wysiliłam się na jeszcze raz i..się udało:) tzn jedna rzecz udała się dziś od razu, a druga była bardziej złośliwa i jakoś nie chciała współpracować ze mną...musiałam krzyczeć na nią, nawet uderzyłam ją (ale tak fatalnie, że to mnie bolało a nie ją:|)prosiłam i groziłam...ale w końcu okazało się, że to jednak ja rządzę i poddała mi się...chociaż swoje też zrobiła (ta druga rzecz) - w ostatniej chwili okazało się, że w takim kształcie nie może być, tzn może ale niekoniecznie wtedy jest fajnie i musiałam zmienić koncepcje...ale najważniejsze, że to do mnie należało ostatnie słowo w tej robocie i że to ja byłam podmiotem tej relacji a te rzeczy przedmiotami, a nie na odwrót:)
Nie wiem tylko czy mój plan nie spali na panewce bo...ktoś mnie widział...i widział co robię...a ja nie powiedziałam żeby milczał..ale mam nadzieję, że jest rozumną istotą i się domyśli...albo chociaż nie będzie miała okzaji nic, nikomu powiedzieć...
Ci wszyscy ludzie, którzy mi pomagali przy realizacji (była nas 5) same były zachwycone wykonaniem i twierdzą, że mogą być świadkami jeśli ktoś by nie uwierzył jak bardzo było mi z tym pod górę...a no i mam przybyć do nich i poinformować o minach po ujrzeniu:)
I jestem już szczęśliwa bo obie rzeczy leżą sobie bezpiecznie w szafeczce (tak, Kacha, tej zamykanej na kluczyk:P)i czekają na drugą część (która również nastąpi wkrótce - mam nadzieję tylko, że nie będzie już taka problematyczna:)i będą gotowe wylądować w ładnym świątecznym papierku albo torebce pod choinką:)
A teraz idę umierać na ból głowy...adios
jakieś słówko?? (5)
25 listopada 2005 14.24 Dziś:
Bzdurny dzień...
bzdurny humor...
bzdurny program w TV...
bzdurny obiad...
bzdurne samopoczucie...
bzdurne myśli...
bzdurna ja...
w ogóle BZDUUUUUURY!!!!!!!!!!
help...
jakieś słówko?? (4)
28 listopada 2005 16.23
Gdybym żyła w czasach Freuda albo on żył w moich czasach, lista jego najsłynniejszych pacjentów wyglądałaby tak: - Anna O. (Bertha Papenheim - pierwsza histeryczka świata - ona miała jako pierwsza zdiagnozowaną "wędrującą macicę", która to miała być odpowiedzialna za tą przypadłość:P)
- Cacile M (Anna von Liben - kolejna znana pacjentka ale nie pamiętam od czego - chyba od hipnozy)
- Dora (Dorota U. - to ja :) moją zasługą byłaby teoria zaburzeń osobowości diagnozowanych na podstawie chorych snów)
- mały Hans
- człowiek od szczurów itd..
hmmm....a może do Junga bym się wybrała?? generalnie nie trawię psychoanalizy więc pewnie nie poszłabym do żadnego, a jeśli już to do tego, którego era aktualnie by była (Freud wcześniej, Jung później, ok 5-6 lat współpracowali ze sobą ale się pokłócili o psychanalizę i się rozstali:P) Przepraszam za naukowy wstęp ale jestem na etapie pisania pracy więc nieustannie trenuje naukowy (chociaż raczej pseudonaukowy:P) styl. Dużo prościej można by powiedzieć : o cholera jakie ja mam ostatnio chore sny... ale to byłoby takie zwyczajne, banalne i pospolite:)) Nie będę tu się rozpisywać nad treścią moich snów bo miejsca by brakło, czasu i ochoty ale są po prostu takie chore i zakręcone jak dawno już nie...i śnią mi się jeden za drugim, noc w noc...chyba jestem przemęczona...w sumie ile mój umysł może maglować wartości?? i jakoś daje upust własnej frustracji?? albo właśnie wręcz odwrotnie?? jakoś słabo się angażuje umysłowo w pisanie - jakoś mechanicznie to robię i mój mózg radzi sobie jak umie ze stagnacją i zastojem?? ech...z jednej strony dobrze, że w środę już do Gdańska jadę chociaż z drugiej strony - TAK BARDZO MI SIĘ NIE CHCE...!!!! ciekawa jestem czy w ogóle ktoś się połapie o co mi chodziło w tej notce?? jak komuś się uda to proszę podzielić się ze mną wnioskami bo ja sama nie wiem o co chodzi:P jakieś słówko?? (3)
30 listopada 2005 13.06 No niech to wszystko diabli wezmą...albo jakaś inna cholera!!!!!
Półtora tygodnia siedziałam w domu...i nic a ledwo do Gdańska przyjechałam i się rozchorowałam...jeszcze o 8 rano we Włocławku dobrze się czułam...i koło 9 w Toruniu i nawet przed 10 w Bydgoszczy...ale przyszedł Tczew, potem Gdańsk i co?? Poczułam się okropnie, pobiłam rekord 10 kichnięć na minutę, zużyłam 1,5 paczki chusteczek (i nie darłam ich sobie dla zabawy...)zaczęło mnie łamać ale najpierw pomyślałam, że to może od długiego siedzenia...ale teraz mam gorączke (a nie stan podgorączkowy) wszystko mnie boli, jeszcze bardziej irytuje...jakieś popieprzone grypsko mnie łapie (oby tylko to nie ptasie:P)
Buuuu...ja nie chce!! nienawidzę chorować na obczyźnie... nie mogę chorować bo mam zajęcia i nawet jak zdycham to muszę być na zajęciach (ciało wystarczy, umysł nie musi - tylko,że jak to grypa to właśnie ciało chore...bo umysł to nie chory - on już po prostu tak ma:D) no i nie chcę chorować bo tu nie ma się kto mną zająć... herbatki zrobić, chusteczek dokupić, gazetki, kanapeczki przygotować, po główce pogłaskać, powiedzieć, że co z tego, że mój nos ma kolor pomidorowy...i tak jest ładny tylko się zawstydził...ech...nie myślałam nigdy, że w godzinę po przyjeździe będę już jęczeć ja chcę do doooooomuuuuuu ;( jakieś słówko?? (1)
|